REKOLEKCJE WIELKOPOSTNE – DZIEŃ PIERWSZY
I Niedziela Wielkiego Postu
22 lutego 2026r., Parafia pw. Św. Aleksandra w Warszawie
Ks. Grzegorz Kalbarczyk SAC
„POKUSY – PIERWSZY AKORD DO NIESZCZĘŚLIWEGO ŻYCIA”
„Nie będę jeść słodyczy, mniej będzie telewizora, nie będę siedzieć tyle w internecie, w piątek nie zjem kotleta” – tak czasem brzmią nasze wielkopostne postanowienia. Nie są one złe, ale szczerze mówiąc, nie wydaje mi się, aby przekładały się na osiągnięcie celu, jakim jest nasze nawrócenie.
Wyrzeczenia oczywiście są ważne, bo one poskramiają naszą pychę. Uczucie głodu sprzyja bowiem pojawieniu się pokory. Ale często wydaje się, że jeszcze bardziej pożądanym byłby post np. od narzekania, obgadywania, post od nieustannego mówienia, post od hałasu, czy od kłócenia się o „byle co”.
Warto jednak oprócz wyrzeczeń, podjąć też wyzwania zrobienia czegoś nowego, wartościowego, ubogacającego nas, na co zawsze brakowało czasu, albo co skutecznie przeganiało nasze lenistwo.
Chciałbym, abyśmy, skoro jesteśmy na samym początku tego świętego czasu, poszukali sensownych postanowień na miarę mądrych ludzi. Najlepiej takich, które nie są jedynie ograniczeniem wolności, lecz dają prawdziwą wolność i pozwalają na życie pełnią życia.
Przez te rekolekcje będziemy szukać takich postanowień.
A podążać będziemy za słowem Bożym, które jest najważniejszym życiowym drogowskazem. A zatem będziemy odkrywać głębię tego słowa, które przed chwilą wybrzmiało i które będzie brzmiało w kolejne dni.
A dziś było o pokusie, a zatem o tym, co może być pierwszym taktem nieszczęśliwego życia.
Tak, jak Bóg wyszedł z inicjatywą powołania do życia człowieka i do stworzenia mu raju na ziemi, tak i diabeł wychodzi ze swoją inicjatywą uśmiercenia człowieka i stworzenia mu piekła na ziemi.
Bo diabeł chce zawsze odwrotnie niż Bóg.
Tak, jak istotą Boga jest miłość, tak istotą diabła jest nienawiść.
A ponieważ człowiek jest ze swej natury dobry, bo jest stworzony na obraz i podobieństwo Boże, to dlatego szczególnie mocno interesuje diabła, jako obiekt, który należy zniszczyć.
Wszyscy, bez wyjątku jesteśmy na jego celowniku.
I nawet ci, którzy wchodzą z nim w układ, podpisują cyrografy, czy zaprzedają mu swoją duszę w satanistycznych rytuałach, albo odprawiając czarne msze, nie mają szansy na jego dobroć. Zniszczy także ich, bo on nie ma w sobie niczego z dobra, nie ma wdzięczności, szacunku, ani nie jest opiekunem. To jest czyste zło bez domieszki dobra, a zatem na jego wdzięczność nie ma co liczyć.
Istnieją trzy główne sposoby jego ataku, które stosuje wobec nas.
Pierwszy sposób to pokusy. Drugi to dręczenia. Trzeci to opętania.
O ile, dzięki Bogu, nie każdy doświadcza dręczeń i opętań, o tyle każdy człowiek mierzy się z pokusami nieustannie. Jesteśmy nimi wprost bombardowani.
Nie doświadcza się dręczenia, ani opętania jeśli walczy się z pokusami, albo gdy po przegranej, powstaje się w sakramencie pojednania – czyli przywrócenia wolności.
Jak ktoś kiedyś trafnie zauważył, szatan jest jak bardzo groźny pies. Ale to pies na krótkim łańcuchu. Gdy trzymasz odpowiedni do niego dystans, wtedy cię nie dosięgnie i nie zostaniesz pogryziony.
Nie udało się zachować odpowiedniego dystansu, jak słyszeliśmy w pierwszym czytaniu, Ewie i Adamowi. Z historii biblijnej, którą dobrze znamy, musimy wyciągnąć wnioski i je zapamiętać, bo schemat działania diabła nie zmienił się aż po dzień dzisiejszy.
Po pierwsze diabeł przychodzi jak wąż, czyli po cichu, niepostrzeżenie, jakby łasząc się do stóp.
To przyjście „po cichu” to nic innego jak myśl. Myśli przychodzą przecież po cichu. Nikt, oprócz nas, ich nie słyszy.
Pokusa to nic innego, jak zła myśl, jak myśl do złego.
Po drugie, zaczyna od siania wątpliwości. Chce wzbudzić nieufność. Nieufność w dobroć drugiego człowieka, a nawet w dobroć Boga. Zrobi wszystko, by przestać Go kochać. Bo kto kocha Boga, ten jest niezniszczalny. Kto Go nie kocha, ten jest bezbronny.
Zaczął zatem od pytania, w którym już zawierała się już pewna insynuacja: „Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?”.
Nie powiedział wprost, że Bóg jest zły i nie jest wart kochania, albo, że jego miłość jest niewystarczająca, ale w pytaniu ukrył kłamstwo, które brzmiało: Bóg nie pozwala ci, stosuje tylko nakazy i zakazy, coś ukrywa przed tobą, nie jest szczery, nie jest taki dobry, Bóg nie stoi po twojej stronie.
Iluż ludzi ochrzczonych stało się zagubionymi owcami właśnie przez dopuszczenie i podtrzymywanie w sobie wewnętrznego dialogu pełnego przypuszczeń i powątpiewań?
One wyprowadziły ich skutecznie z owczarni Chrystusa, a w przypadku Adama i Ewy z rajskiego ogrodu w Edenie.
Nie chodzi oczywiście o to, że nie wolno nam stawiać pytań i poszukiwać. Chodzi o to, abyśmy stawiali pytania i poszukiwali na nie odpowiedzi, ale równocześnie trzymali się prawdy objawionej w Biblii i wypróbowanej od dwóch tysięcy lat nauki Kościoła. Wtedy będą to poszukiwania bezpieczne.
Wróćmy do Edenu. Ewa trzymała się bowiem tylko częściowo tego, co powiedział jej Bóg, dlatego odpowiedziała wężowi tak: „Owoce z drzew tego ogrodu jeść możemy, tylko o owocach z drzewa, które jest w środku ogrodu, Bóg powiedział: Nie wolno wam jeść z niego, a nawet go dotykać, abyście nie pomarli.”
Większość jej odpowiedzi była zgodna z prawdą. Ma się nawet wrażenie, że Ewa na początku broniła prawdy i broniła Boga. Ale niestety ostatnie jej słowa były już owocem zasiewu zła. Były kłamstwem, bo Bóg nigdy nie zabronił im dotykać owoców z drzewa poznania dobra i zła. Zabronił im tylko ich jeść.
To drobne nagięcie prawdy zachęciło diabła, do większego kłamstwa, które zawarł w swojej obietnicy: „Na pewno nie umrzecie!
To słowa, które na pamięć wyuczyła się każda pokusa i która recytuje nam je do ucha, podsuwając grzeszną myśl.
„Zrób to! Na pewno nie umrzesz!”
Iluż ludzi uwierzyło w te słowa! „napiję się kieliszeczek – to przecież mój wieczorny rytuał. Przecież nic złego się nie stanie.”. Iluż ludzi skończyło na dnie z tego powodu! „Ukradnę ze sklepu taki mały drobiazg. Sklep przecież bogaty. Nawet straty nie zauważy”. Ileż ludzi skończyło za kratami, a zaczęło się od drobnych rzeczy! „Nie chce mi się dziś pomodlić. Jutro się pomodlę”. Iluż ludzi straciło wiarę bo coraz częściej i bez wyrzutów rezygnowało z modlitwy! Przykłady można mnożyć w nieskończoność.
Po grzechu, Adam i Ewa żyli jeszcze bardzo długo. Nie od razu umarli. Adam, jak mówi Księga Rodzaju żył ponoć 930 lat. Ale tu jednak nie chodzi o śmierć ciała, lecz o utratę życia wiecznego.
To diabelskie zapewnienie: „Na pewno nie umrzecie” dowodzi zatem tego, że diabeł posługuje się półprawdami.
Podobnie półprawdą było zapewnienie, że po skosztowaniu zakazanego owocu otworzą im się oczy i będą znali dobro i zło. Rzeczywiście otworzyły im się oczy. Otworzyły się i zobaczyli że są nadzy. Nagość to tylko symbol. Oni po prostu zobaczyli, że słuchając się węża, a nie słuchając się Boga, wszystko stracili.
Bez wątpienia możemy zatem przytoczyć to znane wszystkim powiedzenie: „diabeł tkwi w szczegółach”.
Na te szczegóły zwrócił uwagę Pan Jezus, gdy był kuszony w czasie czterdziestodniowego postu.
Jak widzimy, diabeł nie ma hamulców. Kusi każdego. Nawet Jezusa podchodził pokusami.
I zawsze jest to ta sama strategia. Kusi pozornym dobrem.
Bo czy nie byłoby dobrem, gdyby kamienie na pustyni zamieniły się w chleb? Ilu głodnych, by się przy okazji mogło posilić? Albo czy nie było by to dobre, gdyby Jezus rzucił się w dół i aby wszyscy zobaczyli jak aniołowie Go noszą na rękach? Ile osób na własne oczy przekonałoby się, że Jezus jest Bogiem? Albo trzecia pokusa. Czy nie byłoby wspaniale, gdyby Jezus władał we wszystkich królestwach świata, które proponował mu Szatan? Mielibyśmy niebo na ziemi!
Diabeł zawsze kusi pozornym dobrem. Jak zrobisz to, co mówię, to będziesz szczęśliwy, to będzie ci przyjemnie, to poczujesz ulgę, to na pewno nie będzie źle.
Jezus jednak odrzuca te pokusy. Na pierwszą odpowiedział: „Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych”. Jezus nie pozwala sobie wmówić, że Bóg to jedynie ten, który ma spełniać nasze potrzeby, a człowiek to jedynie zjadacz chleba. Nosimy w sobie także głód Boga. Bóg jest ważniejszy niż chleb.
Na drugą pokusę Jezus odpowiada: „Nie będziesz wystawiał Pana Boga na próbę”. Nie pozwala na to, aby sprowadzać Boga do roli ochroniarza.
Trzecią pokusę Jezus odpiera stanowczymi słowami: „Idź precz, szatanie! Jest bowiem napisane: „Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz”. Jezus wie, że to Bóg jest dawcą wszystkiego. Szatan niczego nikomu nie daje, oprócz cierpienia.
Jezus znając bardzo dobrze Pismo Święte odpowiadał kusicielowi słowami Biblii. I tylko tymi słowami. Nie wdawał się w dyskusje. Obroną była Biblia i tylko ona. I to wystarczyło, by diabeł odstąpił.
Wystarczy także i w naszych zmaganiach z pokusami.
I to jest wielkopostny konkret, wielkopostne postanowienie, które warto podjąć. Codzienna lektura i zgłębianie Pisma Świętego, aby żyć słowem Boga i móc skutecznie się bronić przed pokusami złego.
Bo jak mówi jeden z psalmów:
”Szczęśliwy mąż, który nie idzie za radą występnych,
nie wchodzi na drogę grzeszników i nie siada w gronie szyderców, lecz ma upodobanie w Prawie Pana,
nad Jego Prawem rozmyśla dniem i nocą.
Jest on jak drzewo zasadzone nad płynącą wodą,
które wydaje owoc w swoim czasie,
a liście jego nie więdną: co uczyni, pomyślnie wypada.
Bądźmy jak drzewo zasadzone nad tą życiodajną wodą.
Zapuśćmy swoje korzenie w Biblii.
REKOLEKCJE WIELKOPOSTNE – DZIEŃ DRUGI
Poniedziałek I Tygodnia Wielkiego Postu
23 lutego 2026r., Parafia pw. Św. Aleksandra w Warszawie
Ks. Grzegorz Kalbarczyk SAC
„MIŁOŚĆ W TRZECH ODSŁONACH”
Drugi dzień naszych rekolekcji, a zarazem drugi dzień poszukiwań mądrych postanowień nie tylko na Wielki Post, ale na każdy dzień.
Ewangelia bardzo ułatwiła nam te poszukiwania, bo jasno mówi, że mają to być uczynki miłości i to bardzo konkretne.
Równocześnie pierwsze czytanie rozpoczęło się od nakazu Boga, który mówi: „Świętymi bądźcie, bo i Ja jestem święty”.
Gdy połączymy obydwa teksty, wówczas odkryjemy definicję świętości.
Czym jest świętość? Świętość to miłość, wyrażona w konkretnych uczynkach.
A zatem świętość to nie doskonałość, rozumiana jako perfekcjonizm w każdym calu, a miłość to nie tylko przemiłe uczucia.
Świętość to miłość, a miłość to konkretne czyny.
Wszystkie one mają w swoim mianowniku troskę o kogoś.
Pan Jezus mówi, że za tym „kimś” zawsze stoi On sam.
Nakarmienie głodnego, to nakarmienie Jezusa i udział w cudzie rozmnożenia chleba.
Podanie szklanki wody spragnionemu, to podanie jej spragnionemu na krzyżu Jezusowi.
Przyjęcie przybysza, to przyjęcie pod swój dach Jezusa, który nie ma „gdzie swej głowy skłonić.”
Ofiarowanie ubrania biednemu, czy nagiemu, to okrycie odartego z szat Jezusa.
Odwiedzenie chorego, albo w więzieniu, to towarzyszenie Jezusowi, którego wszyscy w czasie męki opuścili.
To jest również wyjaśnienie Ewangelii, którą słyszeliśmy w Środę Popielcową.
Byliśmy wtedy zachęcani do podjęcia modlitwy, postu i jałmużny i za każdym razem jak refren słyszeliśmy powtarzane słowa: „A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie”.
Ojciec widzi w ukryciu. Dlaczego w ukryciu? Bo Bóg ukrywa się w tych, którzy potrzebują miłości.
Każdy z nas stanie kiedyś na sądzie.
Jak słyszeliśmy w ewangelii, Bóg nie będzie brał pod uwagę tego, czy jesteś biedny, czy bogaty, czy jesteś prezesem, czy szeregowym pracownikiem, czy jesteś stary, czy młody, czy jesteś sławny, czy nikomu nieznany, czy jesteś księdzem, czy świeckim. „Bo Bóg nie ma względu na osoby”.
Będziemy sądzeni z czynów miłości.
Bo niezależnie od tego, kim jesteśmy, i jak nam się życie ułożyło, każdy ma to jedno główne zadanie do zrealizowania: „Świętymi bądźcie, jak Ja jestem Święty” – czyli mamy kochać, poprzez uczynki!
Każdy jest zdolny do kochania.
Jeden bardziej, drugi w mniejszym stopniu, bo jeden otrzymał jeden talent, drugi trzy, a jeszcze ktoś inny pięć. Niezależnie od tego, ile kto dostał, każdy ma za zadanie pomnożyć go o sto procent. Czyli kochać na sto procent.
A dzieje się przy tym przedziwna matematyka, bo dzieląc się miłością, wynik jest jak po mnożeniu. Rozdając miłość nigdy nie stajemy się ubożsi, nigdy nam nie ubywa.
To nie przypadek zatem, że w Popielec czyta się Ewangelię o modlitwie, poście i jałmużnie. One bowiem stanowią trzy odsłony miłości. W modlitwie objawia się miłość do Boga, w poście – do siebie samego, a w jałmużnie – miłość do bliźniego. Wielki Post zaprasza nas do tego, byśmy intensywniej praktykowali te trzy emanacje miłości.
One są jak trzy elementy mostu. Jedynego mostu, który musimy zbudować, by kiedyś móc przejść na drugi brzeg, do życia wiecznego w Niebie.
Pierwszym elementem tego mostu jest modlitwa. Ona jest spotkaniem z Bogiem. Jak się kogoś kocha, to chce się z nim spotykać. Poprzez modlitwę pragnę wchodzić z Nim w relację jak najgłębszą.
Modlitwa to ofiarowywanie Bogu samego siebie i tego, co mam najcenniejsze. A najcenniejszy jest czas. Bo czas to inaczej moje życie. Koniec mojego czasu, to koniec mojego życia.
W tym względzie często jesteśmy sknerami. A Bóg każdego dnia dając nam kolejne 24 godziny patrzy z ukrycia, czy człowiek wykroi dla Niego chociaż dziesięć minut z tych 24 godzin. Czy znajdzie czas dla Tego, który dał mu czas…
Poza tym wielu z nas traktuje modlitwę jak narzuconą pańszczyznę, którą trzeba odrobić. Często słychać echo takiego rozumienia modlitwy w czasie spowiedzi.
Ktoś mówi: „Nie odmawiałem modlitw”, albo „nie odmówiłem pacierza”. Brzmi to trochę tak, jak mówią dzici w szkole: „nie odrobiłem lekcji”, albo jak pracownik do szefa: „Nie wykonałem normy”.
A tu w cale nie o to chodzi. Bo modlitwa nie jest daniną, której potrzebuje Bóg, ani pracą do odrobienia.
Modlitwa w ogóle nie jest potrzebna Panu Bogu. Modlitwa potrzebna jest nam.
„Nasze hymny pochwalne niczego Tobie nie dodają, ale przyczyniają się do naszego zbawienia” – modlimy się w jednej z prefacji mszalnych.
Jak dobrze wiemy, modlitwa to dialog, a nie monolog. Bo czy można kochać kogoś, gdy się nie chce go słuchać? Gdy się go nie dopuszcza do głosu? Gdy się chce tylko samemu gadać? Biblia jest głosem Boga. Dajmy Mu mówić! On nam w swoim słowie chce dać samego siebie.
Bo z modlitwą jest jak z wyciąganiem wody ze studni.
Chcemy zaczerpnąć potrzebnych łask, siły, mądrości, nadziei, światła, chęci do życia.
Dlatego odklepywanie modlitw, czyli płytka modlitwa, bez wejścia w dialog, bez wejścia w słuchanie słowa Bożego jest jak opuszczenie wiadra w tej studni w taki sposób, że nie dotknie ono nawet lustra wody. Po skończonej modlitwie okazuje się, że wiadro jest puste. Niczego żeśmy nie wyciągnęli.
A zatem mądrym postanowieniem wielkopostnym i „po-wielkopostnym” niech będzie hojne „tracenie czasu” przed Bogiem, ze słowem Bożym, z rozmyślaniem o Bogu, z uruchomieniem uczuć dziecka do Ojca.
Drugim elementem mostu, który mamy zbudować na drugi brzeg, jest post. Post to mądra miłość do samego siebie.
W poście chodzi o to, aby schudnąć.
Ale nie chodzi tu wcale o zrzucenie zbędnych kilogramów, czy uzyskanie szczupłej sylwetki. Chodzi przede wszystkim o to, aby odchudzić siebie ze swoich wad, a nade wszystko ze swojej pychy, która jest początkiem każdego grzechu.
Do królestwa niebieskiego wchodzi się przez ciasne drzwi – mówił Pan Jezus. A skoro drzwi są ciasne, to znaczy, że nie mogę być napompowanym pychą balonem.
Post jest też czasem, w którym człowiek ma okazję mądrze zadbać o siebie i swój rozwój. W praktyce często jest ograniczeniem jakościowym i ilościowym jedzenia.
Nie chodzi tu o zachętę do spożywania tzw. śmieciowego, niezdrowego jedzenia, lecz o rezygnację z bardzo drogich i wykwintnych potraw. To jeden ze sposobów na wchodzenie w prostotę życia. Jezus jest „przyjacielem prostych dusz”. Święty Paweł pisał: „Niech was pociąga to, co skromne”.
Post to także ograniczenie w wydatkach, po to, aby zaoszczędzone w ten sposób pieniądze mieć choćby na jałmużnę.
Post to miłość do siebie, bo to przejaw zadbania o siebie. Pozwala nam na oczyszczenie organizmu, a to bez wątpienia przekłada się także na sferę intelektualną i duchową, bo jak wiemy: „w zdrowym ciele, zdrowy duch”.
Musimy jednak pamiętać, że człowiek karmi się nie tylko przez usta.
Karmimy się także przez oczy i uszy. Czyż to właśnie nie przez ten „pokarm” najczęściej denerwujemy się, mamy złe myśli, grzeszymy?
Mówi się przecież, że „jesteś tym co jesz”.
Czy nie jest tak, że gdy człowiek posłucha muzyki relaksacyjnej to się wyciszy, uspokoi, a gdy tą muzyką będzie agresywna piosenka, pełna wulgaryzmów i przemocy, później sam staje się agresywny. Iluż ludzi rozwala przystanek, niszczy przedmioty pod wpływem agresywnych tekstów i dźwięków, które słyszy w słuchawkach na uszach?
Czyż nie jest tak, że gdy ktoś naogląda się horrorów, to później wystarczy, że coś się poruszy, coś stuknie i już reaguje lękiem? Albo gdy naogląda się erotyków, lub pornografii, czyż nie zaczynają się wtedy problemy czystością?
Jesteśmy tym, co jemy! Dlatego mądry post, to objaw miłości do samego siebie.
Post od karmienia się złymi obrazami, przypilnowanie swego wzroku w Internecie i na ulicy, post od słuchania bzdur, plotek, rozstrajającej muzyki i hałasu. A w zamian za to np. Adoracja Najświętszego Sakramentu. To swoisty „superfood”.
Jesteśmy tym, co jemy!
Wreszcie jałmużna. Ona jest wyrazem miłości do bliźniego.
Dzielę się tym, co mam, czyli samym sobą.
Nie chodzi tu tylko o wrzucenie żebrakowi dwóch złotych do kubka. Tym bardziej, że trzeba pomagać mądrze, a nie w ciemno. Nieraz pieniędzmi możemy pomóc komuś w dalszym staczaniu się na dno. Warto o tym pamiętać, że człowiek naprawdę głodny prosi o jedzenie, a nie o pieniądze. Pieniądze można dać tylko komuś, kogo się zna, gdy zna się jego serce i wie, co on z tymi pieniędzmi zrobi.
A jak nie mam co mu dać, to przechodząc obok niego „wrzucę” za niego „Zdrowaś Mario”. Tak jak kiedyś zrobił to św. Piotr. Przechodząc obok żebrzącego powiedział: „Nie mam srebra ani złota, ale to, co mam daję Tobie”. I tak się wtedy za niego pomodlił, że człowiek ten wyzdrowiał.
Ktoś powie, że są biedni, ale i że są oszuści. Oni też są biedni, a w pewien sposób nawet najbiedniejsi. Tym bardziej złożę jałmużnę modlitwy.
Jałmużną, czyli ofiarowaniem miłości bliźniemu będzie także ofiarowanie innych darów niematerialnych. Może nią być dobra rada, pociecha, której udzielimy komuś, albo czas i nasze zainteresowanie kimś, kto jest tego spragniony. Ilu ludzi samotnych chodzi po ulicach i zaczepia innych, by móc otworzyć do kogoś usta, ilu ludzi siedzi lub leży przykutych do łóżka choroby w domu…
Modlitwa, post i jałmużna – trzy odsłony miłości.
To sposób, by stać się świętym, jak Bóg jest święty.
Każdy z nas kiedyś stanie na sądzie i każdy z nas będzie liczył na to, że nie zostanie tylko prochem.
Miłość – tylko ona ostatecznie nie stanie się prochem.
REKOLEKCJE WIELKOPOSTNE – DZIEŃ TRZECI
Wtorek I Tygodnia Wielkiego Postu
24 lutego 2026r., Parafia pw. Św. Aleksandra w Warszawie
Ks. Grzegorz Kalbarczyk SAC
„PANIE, NAUCZ NAS SIĘ MODLIĆ”
Modlitwa „Ojcze nasz” – jedna z pierwszych, których się nauczyliśmy.
Krótka, konkretna i pełna głębokiej treści.
Czujemy, że jest to modlitwa wyjątkowa, szczególnie ważna i podniosła.
A równocześnie jest to modlitwa, którą najczęściej odmawiamy i pewnie właśnie dlatego, że często, to bardziej ją jedynie recytujemy, niż angażujemy w nią siebie. Być może nawet nie zdajemy sobie do końca sprawy z tego, o co w niej prosimy i do czego się w niej zobowiązujemy.
A zatem zróbmy postanowienie wielkopostne i „po-wielkopostne”, aby zacząć się nią modlić, a nie tylko recytować.
„Modlitwa Pańska” zaczyna się od przyjęcia odpowiedniej postawy.
To postawa dziecka, które jest całkowicie zależne od swego ojca.
Aby to jeszcze lepiej zrozumieć, warto przytoczyć pewną prostą scenę.
Pewien mały chłopiec postanowił przesunąć w swoim pokoju donicę z kwiatem.
Roślina była bardzo duża i stała na podłodze, a donica wypełniona ziemią, bardzo ciężka. Najpierw chłopiec postanowił zaprzeć się nogami i za pomocą swoich pleców ją przesunąć, ale ani drgnęła. Potem spróbował innej metody i chciał ją przeciągnąć. Znowu bez efektu. Donica okrągła, więc malec pomyślał, że może uda się ją jakoś bokiem przetoczyć, ale znów się nie udało.
Tym karkołomnym wysiłkom przyglądał się po cichu jego tata.
Kiedy malec go zobaczył, zaczął tłumaczyć, co chce zrobić i że kończy się to fiaskiem.
Zapytał go więc ojciec: „wypróbowałeś wszystkich możliwych sposobów?
Dziecko odpowiedziało, że tak.
Jesteś pewien?
„Tak tatusiu”.
A ojciec spojrzał na niego z uśmiechem i powiedział: „Nie spróbowałeś jeszcze jednego. Nie poprosiłeś mnie o pomoc”.
Właśnie tym jest modlitwa „Ojcze nasz”.
To są zawsze słowa dziecka, które prosi o pomoc swego Ojca, bo samo jest bezradne.
Który kochający ojciec pozostanie nieczuły na wołanie dziecka?
Ta dziecięca postawa otwiera każdą bramę, jest wołaniem, które przenika przez najgrubsze mury. Rodzic zawsze rozpozna głos swego dziecka i zawsze go usłyszy. Zna go, jest na niego szczególnie wyczulony.
Takim staje się nasz głos, gdy stajemy na modlitwie jak dziecko.
Może dlatego nasza modlitwa nie przynosi czasem efektu, bo brak nam tej postawy?…
Jest jeszcze jedna bardzo ważna prawda.
Dla rodzica zawsze się jest dzieckiem.
Niezależnie od tego, czy ma się lat pięć, czy siedemnaście, czy trzydzieści, pięćdziesiąt czy siedemdziesiąt.
Ale nie tylko nasze lata nie przekreślają naszego bycia dzieckiem.
Bo niezależnie od tego, ile ma się lat i niezależnie od tego jakim stałem się człowiekiem, czyli co ze mnie wyrosło, to Bóg nigdy nie przestanie mnie traktować po ojcowsku.
Można być jak apostoł Jan, przytulonym do Jezusa, a można być zagubionym synem marnotrawnym. Można zgubić się Ojcu, a nawet zgubić samego siebie i zupełnie nie czuć się już dzieckiem, ale nigdy nie zmieni to faktu, że po drugiej stronie jest Bóg, który nie przestaje być naszym Ojcem. A więc zawsze, nawet w największej ciemności grzechu, pozostaje ta możliwość by wołać: „Ojcze”, by wołać Tato, ratuj! A On ten głos usłyszy.
Do słowa „Ojcze” bardzo mocno doklejone jest słowo „nasz”. „Ojcze nasz”.
To jedno krótkie czteroliterowe słowo umieszcza nas wśród innych ludzi.
Nie jestem na ziemi sam.
A zatem nie jestem też „pępkiem świata”. Bóg ma miliardy dzieci na ziemi.
I choć każdego z osobna kocha, i choć kocha mnie w wyjątkowy sposób, to każdą osobę obok kocha też w wyjątkowy sposób. A zatem jestem wyjątkowo kochany, choć nie jestem wyjątkowy. To znaczy, nie jestem lepszy niż inni. Nie powinienem nikim pogardzać, ani nikomu zazdrościć. Stawiać siebie ponad, albo się poniżać.
To jedno słowo „nasz”, wzywa mnie także do tego, abym spojrzał na każdego człowieka nie jak na obcego, albo konkurenta, ale jak na brata i siostrę.
Jesteśmy dziećmi jednego Boga – mamy jednego Ojca.
Do słów „Ojcze nasz” dodajemy kolejne: „któryś jest w niebie”.
Wbrew pozorom to ważne dopowiedzenie, bo ono po pierwsze przypomina nam o tym, gdzie jest nasz dom – „któryś jest w niebie”
Przypomina, że jesteśmy w tej chwili pielgrzymami, że jesteśmy w drodze.
Ziemia jest tylko do przejścia. Dom jest w Niebie – tam, gdzie czeka na nas Ojciec.
„W domu Ojca jest mieszkań wiele. Idę przygotować wam miejsce” – mówił Chrystus przed wniebowstąpieniem.
Po drugie, słowa: „któryś jest w niebie” mówią nam, że jest nad nami, ogarnia cały wszechświat, widzi wszystko z góry i wiele rzeczy widzi z innej perspektywy niż my.
To, co wydaje nam się dobre, albo złe, a On może widzieć zupełnie inaczej. Ma pełniejszy obraz i to też może być powodem tego, że nie zawsze spełnia nasze prośby.
Często widzimy nie dalej niż własny nos. On widzi znacznie dalej.
„Któryś jest w niebie” oznacza także, że jest ponad wszystkim, także nad nami.
Dlatego nie jest równorzędnym partnerem.
Próba wymuszania na Nim czegokolwiek, albo stawiania Mu warunków pozbawiona jest zdrowego rozsądku.
Dziś coraz częściej takie postawy spotykamy. Jest to owoc dzisiejszej kultury, która chce postawić człowieka na równi z Bogiem, jak „równego z równym” i pozwalamy sobie trochę za bardzo. Niektórzy mają nawet odwagę, by mieć pretensje do Boga. A jest to bluźnierstwo, bo oskarża się w ten sposób Boga o zło. Bo przecież pretensje są zarzutem o czynienie zła. A zatem ktoś pomylił zupełnie adres, bo Bóg jest czystym Dobrem.
Po tym pierwszym wersie modlitwy, który stanowi jakby inwokację, następne słowa to prośby.
„Modlitwa Pańska” to modlitwa siedmiu próśb.
Siedem zawsze oznacza doskonałość.
Jezus wybrał siedem spraw, które uznał tym samym, że są najważniejsze.
A zatem jeśli mówimy, że nawrócenie człowieka polega na przewartościowaniu swojego myślenia, to modlitwa „Ojcze nasz” pokazuje, co ma największą wartość, co powinniśmy ustawić na szczycie naszych pragnień. Wszystko inne, powinno znaleźć się poniżej.
Pierwsza prośba brzmi: „Święć się Imię Twoje”.
Imię Boga jest święte. Należy do sfery Sacrum. A zatem nie należy do profanum.
Nie można łączyć imienia Boga z tym, co nieświęte, używać go beztrosko, nie wolno z niego kpić, ani w inny sposób go lekceważyć, czy obrażać. Jego Imię nie należy do słów pospolitych, bo Bóg jest inny niż wszystko inne.
Jak mówi św. Paweł w Liście do Filipian, ostatecznie przed tym Imieniem „zegnie się każde kolano istot niebieskich, ziemskich i podziemnych”.
Druga prośba brzmi: „Przyjdź królestwo Twoje”.
Nie dziwi, że Jezus ją umieścił zaraz na początku. W innym miejscu mówił bowiem:
„Starajcie się naprzód o królestwo Boże, a wtedy wszystko inne będzie wam dodane”. Czyli innymi słowy o nic więcej nawet nie będziecie musieli już prosić, bo Królestwo Boże jest spełnieniem wszystkich waszych pragnień.
I tak rzeczywiście jest. Bo królestwo Boże to sam Chrystus.
Prośba o nadejście Królestwa Bożego, to prośba o powtórne przyjście Jezusa, by wprowadził nas do Niebieskiego Jeruzalem, czyli w rzeczywistość, w której już nie będzie żadnego głodu, bo będziemy żyli pełnią życia.
„Bądź wola Twoja, jako w niebie, tak i na ziemi”. W tych słowach deklarujemy rezygnację z własnej woli na poczet woli Boga. „Bądź wola Twoja”, a zatem już nie moja. Te słowa są wyrazem największego zaufania w dobroć Boga. Wiem, że jeśli wszystko będzie po Twojemu, a nie po mojemu, to tak właśnie będzie najlepiej, a nawet będzie cudownie.
„Bądź wola Twoja, jako w niebie tak i na ziemi”, tzn. niech na ziemi spełnia się ona tak, jak spełnia się w niebie. A w niebie spełnia się bez żadnych przeszkód, bez oporów z jakiejkolwiek strony. Bo w niebie nikt nie ma złudzeń, że to najlepsze, co może się zdarzyć.
„Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj” to jedyna z siedmiu próśb, która dotyczy tego, co materialne. I jest to prośba jedynie o to, co konieczne.
W prośbie tej zawiera się również nasze zaufanie Bogu. Prosimy bowiem o chleb, dzięki któremu żyjemy, ale tylko na dziś. Jakby bez naddatków, nie tworząc sobie zapasów.
„Daj nam tylko na dziś” – mówimy. Jutro znów zwrócimy się do Ciebie, wierząc, że nam dasz. To trochę nawiązanie do manny z nieba, którą otrzymywali każdego dnia Izraelici na pustyni. Bóg nie pozwolił im zbierać na zapas. Jak ktoś bał się, że jutro Pan Bóg mu nie da i dlatego nazbierał zapasów, to mu to do jutra wszystko zgniło.
„I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. To prośba i równocześnie deklaracja. Prośba, której spełnienia bardzo pragniemy, a równocześnie deklaracja, z którą mamy najwięcej problemu. Obiecujemy bowiem Bogu, że przebaczamy w tym momencie naszym wrogom. Nie dziwi fakt, że Pan Jezus zatrzymał się najdłużej przy tym wezwaniu i jeszcze go dodatkowo wyjaśniał. Mówił: „Bo jeśli z serca nie przebaczycie waszym winowajcom, to i wam Bóg nie przebaczy waszych przewinień”.
To jest bezwzględny warunek otrzymania przez nas miłosierdzia. „Jako i my odpuszczamy naszym winowajcom” – to jest obietnica dana Bogu, a nie słowa rzucane na wiatr. Jeśli je wypowiadamy, ale wcale nie przebaczamy, to dopuszczamy się oszustwa.
„I nie wódź nas na pokuszenie”. To kolejne zdanie, z którym wiążą się problemy. Ale tym razem nie z realizacją, lecz właściwym zrozumieniem.
Wiemy, że Bóg nikogo nie kusi. Mamy więc do czynienia z nieudanym przełożeniem tych słów na współczesne języki.
Niektórzy tłumaczą oryginał w słowach: „Nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie”, ale to również nie jest do końca precyzyjne.
Dokładny sens jest taki: „Spraw to w nas, czyli, tak nas przemień, abyśmy przestali grzeszyć”. To tak, jakbyśmy chcieli prosić Boga: „zablokuj w nas tę funkcję, tę możliwość popełniania zła”.
„Ale nas zbaw ode złego”. Dzięki tym słowom dowiadujemy się również tego, że najgorszym złem, które nam zagraża nie są nieszczęścia, niepowodzenia czy choroby, lecz grzech. On jest wrogiem ”numer jeden” dla każdego z nas, bo może nas doprowadzić do śmierci wiecznej.
Na końcu dodajemy słowo: AMEN. Co ono oznacza?
W Apokalipsie znajdujemy takie oto tajemniczo brzmiące słowa Jezusa: „To mówi Amen, świadek wierny i prawdomówny, Wszechmogący”. Sam Jezus nazywa siebie słowem „Amen”. Amen to imię Boga.
To oznacza, że w Jezusie nie ma równocześnie „tak” i „nie”. On jest zawsze „tak”. A zatem, gdy wypowiadamy słowo „Amen” to i my deklarujemy, że stajemy się świadkami wiernymi i prawdomównymi, i że nie ma w nas równocześnie : „tak” i „nie”, lecz wierzymy i potwierdzamy wszystko naszym TAK. Wierzymy bez zbędnego „ale”, że to, co przed chwilą powiedzieliśmy, jest dla nas Prawdą, jest naszą Drogą i jest naszym Życiem.
A zatem słowo AMEN jest jednym z najświętszych słów, jakie może wypowiedzieć człowiek.
A zatem
AMEN
REKOLEKCJE WIELKOPOSTNE – DZIEŃ CZWARTY
Środa I Tygodnia Wielkiego Postu
25 lutego 2026r., Parafia pw. Św. Aleksandra w Warszawie
Ks. Grzegorz Kalbarczyk SAC
„DUET DOSKONAŁY – NAWRÓCENIE I PRZEBACZENIE”
Dziś już ostatni dzień naszych rekolekcyjnych spotkań.
Każdego dnia próbowaliśmy zgłębić słowo, które czyta Kościół w poszczególne dni. I to była dobra intuicja, by za nim pójść, bo dziś, na zakończenie, liturgia wskazała nam bardzo ważne tematy: nawrócenie, przebaczenie, miłosierdzie.
Spróbujmy najpierw odkryć czym jest Miłosierdzie Boże.
Choć powiedziano już bardzo dużo kazań na ten temat i napisano wiele tekstów, to jednak wciąż bardzo często spotykamy błędne jego rozumienie.
Niektórzy mylą miłosierdzie Boże z domniemywaną „sklerozą” Pana Boga, który nagle w chwili śmierci człowieka zapomni o wszystkich jego grzechach i otworzy mu bramy nieba.
Dlatego często się słyszy od niektórych słabo zorientowanych słowa: „Hulaj dusza, piekła nie ma, a jak się będzie umierać to Pan Bóg przebaczy, bo przecież jest miłosierny”.
Niestety tak miłosierdzie Boże nie działa.
A przekonują nas o tym usłyszane przed chwilą słowa Biblii.
Mieszkańcy Niniwy, którym groziło unicestwienie z powodu bardzo ciężkich grzechów wołających o pomstę do nieba, zostali ocaleni przez miłosierdzie Boże, ale dlatego, że zaczęli się nawracać i pokutować.
Podobnie mówi o tym słynna przypowieść o „Miłosiernym Ojcu”, znana bardziej jako przypowieść o „Synu Marnotrawnym”.
Nie byłoby wspaniałego zakończenia tej przypowieści, nie byłoby pełnego miłości przytulenia ze strony Ojca, otwartych Jego ramion, łez wzruszenia, ubrania syna w najlepsze szaty i pierścień, ani uczty radości, gdyby to ten syn sam nie podjął wysiłku, by wrócić do Ojca.
I choć motywy jego powrotu nie były doskonałe, bo nie wracał z tęsknoty, nie wracał z miłości do ojca, lecz ze strachu przed śmiercią, to jednak nawet to wystarczyło.
Musi zatem zaistnieć trud powrotu i muszą zaistnieć łzy nad swoim złym stanem.
Podobnie stało się na Golgocie.
Dwóch łotrów wisiało na krzyżach obok Jezusa.
Ale tylko jeden, który zwrócił się do Niego, z wiarą i prośbą, by Jezus wspomniał o nim, gdy będzie w swoim królestwie, otrzymał dar miłosierdzia i zapewnienie, że będzie w raju wraz z Jezusem.
Drugi łotr, do ostatniej chwili nie był w stanie ani nad sobą zapłakać, ani z wiarą prosić Jezusa o miłosierdzie.
Nie zadziała również taka taktyka, że zaplanuje człowiek sobie, że będzie całe życie łamał przykazania Boże, a w ostatniej chwili, tuż przed śmiercią zawezwie miłosierdzia Bożego.
Takie złudne planowanie nazywane jest zuchwałą wiarą w miłosierdzie Boże i jako takie, niestety nie ma szans na realizację, bo miłosierdzie Boże to nie naiwniactwo Boże.
Bóg jest bowiem nie tylko miłosierny, ale także sprawiedliwy.
Nie ma zatem miłosierdzia, bez wcześniejszego nawrócenia.
Potwierdza to także sam Pan Jezus w objawieniach Świętej siostry Faustyny.
W Dzienniczku duchowym znajdziemy takie oto słowa Pana Jezusa: „ Nie mogę kochać duszy, którą plami grzech, ale kiedy żałuje, to nie ma granicy dla Mojej hojności, jaką mam ku niej. Miłosierdzie Moje ogarnia ją i usprawiedliwia. (…) Powiedz grzesznikom, że zawsze czekam na nich, wsłuchuję się w tętno ich serca, kiedy uderzy dla Mnie. Napisz, że przemawiam do nich przez wyrzuty sumienia, przez niepowodzenie i cierpienia, przez burze i pioruny, przemawiam przez glos Kościoła, a jeżeli udaremnią wszystkie łaski Moje, poczynam się gniewać na nich, zostawiając ich samym sobie( Dz 1728)
W innym miejscu Dzienniczka, Siostra zapisała takie słowa Pana Jezusa:
Powiedz duszom, gdzie mają szukać pociech, to jest w trybunale miłosierdzia (tj. w Sakramencie Pokuty); tam są największe cuda, które się nieustannie powtarzają. Aby zyskać ten cud, nie trzeba odprawiać dalekiej pielgrzymki ani też składać jakichś zewnętrznych obrzędów, ale wystarczy przystąpić do stóp zastępcy Mojego z wiarą i powiedzieć mu nędzę swoją, a cud miłosierdzia Bożego okaże się w całej pełni. Choćby dusza była jak trup rozkładająca się i choćby po ludzku nie było wskrzeszenia, i wszystko już stracone – nie tak jest po Bożemu, cud miłosierdzia Bożego wskrzesza tę duszę w całej pełni. O biedni, którzy nie korzystają z tego cudu miłosierdzia Bożego; na darmo będziecie wołać, ale już będzie za późno” (Dz 1448).
Miłosierdzie Boże jest zatem przebaczającą miłością Boga, na którą nie zasłużyliśmy, ale którą Bóg obdarza ludzi, dlatego, że żałują swego złego życia.
Nasze nawrócenie jest warunkiem uzyskania miłosierdzia.
Ale nie tylko.
Wiele razy, a nawet wczoraj w Ewangelii słyszeliśmy, jak Pan Jezus powtarzał, że miłosierdzia dostąpią tylko ci, którzy przebaczą z serca swym bliźnim.
Przebaczenie bliźnim jest zatem częścią naszego nawrócenia.
Jak długo gniewamy się na bliźniego, tak długo nie dokonało się nasze nawrócenie.
„Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią”.
„Jak Ojciec wam przebaczył, tak i wy”
„Bo jeśli z serca nie przebaczycie waszym winowajcom, to i wam Bóg nie przebaczy”.
Przebaczenie jest najtrudniejszym elementem praktykowania miłosierdzia.
Mamy z nim trudność, pomimo tego, że bez trudności recytujemy słowa: „Krzywdy cierpliwie znosić, urazy, chętnie darować”.
A wszystko dzieje się dlatego, że nie potrafimy odróżniać grzechu od grzesznika, zła od człowieka popełniającego zło. Mówimy często o takim człowieku: „To zły człowiek”.
Pan Bóg jednak tak nie widzi.
Według Boga ci, co popełniają zło, nie są źli, lecz są ofiarami złego.
Zły jest tylko szatan.
Ci, co czynią zło, są jego ofiarami, bo stali się jego niewolnikami, a ostatecznie diabeł doprowadzi ich do tragedii.
To jest znamienne, że nigdzie nie znajdziemy w Biblii, aby Bóg nazywał grzeszników np. okropnymi, obrzydliwymi, wrednymi, itd. Bóg zawsze mówi o popełniających zło, że są to „biedni grzesznicy”.
Matka Boża objawiając się w Lourdes, w Fatimie, w La Salette czy do tej pory w Medjugorje zawsze nazywa grzeszników biednymi, a nie obrzydliwymi.
Pan Bóg potrafi patrzeć zgodnie z prawdą. Wie, że człowiek który wpadnie do szamba nie jest szambem. Jest biednym człowiekiem, który w nim się papla, ale gdy się go z tego szamba wyłowi i umyje, to pod tym brudem jest Jego dziecko.
Każdy bowiem człowiek z natury jest dobry, bo jest stworzony na Obraz Boga.
To dlatego właśnie Pan Jezus ciągle uczy nas takiego spojrzenia na wrogów i tych którzy czynią zło.
„Módlcie się za swoich winowajców”! „Błogosławcie, a nie złorzeczcie”!
„Zło dobrem zwyciężajcie”.
A Maryja we wspomnianych objawieniach ciągle prosi o modlitwę i ofiarowywanie cierpień w intencji ratowania ich dusz przed piekłem.
Jest taka scena w filmie o błogosławionym księdzu Jerzym Popiełuszce „Wolność jest w nas”.
Na plebanii, w mieszkaniu księdza Jerzego trwało spotkanie z ludźmi Solidarności.
Pod plebanią zaś w samochodzie siedzieli agenci Służby Bezpieczeństwa.
Stali centralnie pod plebanią, bez ukrywania się, a nawet w celu wywoływania strachu swoją obecnością. Ale była zima. Był mróz. Samochód, w którym siedzieli agenci klimatyzacji w tamtych czasach nie miał. Jednym słowem dygotali z zimna.
Ks. Jerzy wyszedł do nich z termosem gorącej herbaty.
Nie wzięli go od niego.
Ks. Jerzy wrócił do mieszkania, a przyjaciele z Solidarności obserwując dziwne zachowanie ks. Jerzego mówili: Jurek! Zwariowałeś?! Oni chcą cię zniszczyć, a ty im jeszcze gorąca herbatkę wynosisz?
I wtedy ks. Jerzy wypowiedział znamienne słowa: „Nie rozumiecie z czym ja walczę. Ja nie walczę z nimi, bo oni nie są źli. Ja walczę ze złem, a oni są tylko ofiarami złego”.
Błogosławiony ksiądz Jerzy potrafił patrzeć w taki sposób, jak patrzy Bóg na grzeszników.
Podobnie i Prymas Tysiąclecia, który w „Zapiskach Więziennych” zapisał takie zdanie pod adresem prześladowców: „Być może zmusicie mnie do zrobienia wielu rzeczy, ale nigdy nie zmusicie mnie, abym zaczął was nienawidzić”.
Przebaczenie – ono nie jest proste.
Bo co zrobić, jeśli rany wciąż krwawią, kiedy, ktoś zadaje nieustannie ból, kiedy dręczą gniewne myśli wobec agresora?
Co z tego, że wiem już, że on jest ofiarą złego, a nie złym, ale ja nie potrafię mimo wszystko go kochać, bo się go boję, bo nie chce go ani spotkać ani widzieć?
I nawet męczą nas już te myśli o nim, może nawet spać nie dają, ale nie możemy się od nich uwolnić?
Pytał się kiedyś święty Piotr Pana Jezusa, czy ma przebaczać aż siedem razy. I Pan mu odpowiedział, że ma przebaczyć siedemdziesiąt siedem razy, czyli zawsze, gdy winowajca poprosi go o przebaczenie.
A jeśli nie prosi, ale nadal atakuje, nadal krzywdzi?
Możemy wtedy przyjść do kościoła i spojrzeć na krzyż Chrystusa. Przypomnijmy sobie Jego słowa, gdy był do niego przybijany i umierał.
„Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą co czynią!”
Możemy wtedy wobec Boga wypowiedzieć słowa, jakby w stronę swojego krzywdziciela: „Ja nie mam w sobie takiej siły, jaką ma Pan Jezus, aby ci przebaczyć, ale niech ci Bóg wybaczy twoje czyny”. I to będzie już przejaw twego wielkiego miłosierdzia wobec niego.
A jeśli nie jesteśmy w stanie tego zrobić, to wystarczy, że zrezygnujemy z zemsty i to też będzie okazanym mu miłosierdziem.
To, że czujemy gniew nie oznacza, że jesteśmy w stanie grzechu.
Gniew jest reakcją na zło i często jest połączony z naszym bólem.
Nawet Pan Jezus wpadł w gniew. I to była reakcja na zło, które działo się w świątyni. Nawet stoły powywracał i uwił sobie bicz ze sznurków, bo tak Go bolał widok Świątyni zamienionej w targowisko.
Grzechem nie jest więc gniew, lecz zagniewanie, czyli nieprzebaczenie komuś, kto o to przebaczenie prosi. Takiej osobie nigdy nie powinniśmy odmawiać. Tak jak i Bóg nigdy nie odmawia nam.
Liturgia słowa podpowiada nam zatem kilka bardzo mądrych postanowień wielkopostnych i „po-wielkopostnych”.
Nauczyć się patrzeć oczami Boga na tych, którzy nas skrzywdzili.
Potrafić odróżnić grzech od grzesznika, szambo od tego, kto w nie wpadł.
Okazać sobie samemu miłosierdzie, przez trud nawrócenia, przez trud spowiedzi.
Okazać miłosierdzie winowajcom poprzez rezygnację z zemsty i prosząc dla nich o miłosierdzie Boże.
Boże, Ojcze Miłosierny,
który objawiłeś swoją miłość
w Twoim Synu Jezusie Chrystusie,
i wylałeś ją na nas w Duchu Świętym, Pocieszycielu,
Tobie zawierzamy dziś losy świata i każdego człowieka.
Pochyl się nad nami grzesznymi,
ulecz naszą słabość,
przezwycięż wszelkie zło,
pozwól wszystkim mieszkańcom ziemi
doświadczyć Twojego miłosierdzia,
aby w Tobie, Trójjedyny Boże,
zawsze odnajdywali źródło nadziei.
Ojcze przedwieczny,
dla bolesnej męki i zmartwychwstania Twego Syna,
miej miłosierdzie dla nas
i całego świata!
Amen!