Chrzest

ŚWIĘTO CHRZTU PAŃSKIEGO – ROK A
SAKRAMENT CHRZTU ŚWIĘTEGO”
PARAFIA PW. ŚW. ALEKSANDRA, 11 STYCZNIA 2026r., WARSZAWA
KS. GRZEGORZ KALBARCZYK SAC

Ponad wodami głos Pański, *
Pan ponad wód bezmiarem!– śpiewaliśmy w drugiej zwrotce psalmu.

Ale ten Pan Wszechmocny nie pozostaje tylko „ponad wód bezmiarem”, lecz wchodzi w te wody, wchodzi – jak słyszeliśmy w Ewangelii – do rzeki Jordan.

A nie była i nadal nie jest to rzeka czysta.

To rzeka, której wody nie są przezroczyste, lecz mętne, zamulone i zwyczajnie brudne.

Wchodzi w nurt rzeki, do której przed nim wchodzili najwięksi grzesznicy. Wierzyli, że w ten sposób obmyją się z grzechów i pozostawią w niej wszystkie swoje życiowe brudy.

Mało tego, wybrał Chrystus rzekę Jordan, która płynie w rowie, stanowiącym najgłębszą depresję geograficzną na świecie, czyli najniżej położony punkt na ziemi.

Niżej zejść się już nie dało.

I to wszystko jest niezwykle symboliczne.

Bo oprócz tego, że Pan Jezus, wchodząc w tę rzekę, uniżył samego siebie, że stanął w kolejce do Jana Chrzciciela, tak jak każdy człowiek, solidaryzując się z nami, to choć był bez grzechu, wszedł w najgłębszą depresję, w największy brud, dotknął dna, gdzie panuje najgłębsza ciemność.

Wyszedł z tej wody zapewne brudniejszy niż wszedł.

Po co to zrobił?

Po pierwsze, aby swoją świętością tę wodę uświęcić i nadać jej moc uświęcania.

Po drugie, mówimy często, że Pan Jezus wziął na siebie wszystkie nasze grzechy i z nimi poszedł na Kalwarię, by zgładzić je na Krzyżu.

Może właśnie to był ten moment, kiedy zanurzył się w tym brudzie i wziął na siebie grzechy całego świata?

A potem, gdy wisiał na krzyżu, z Jego przebitego boku wypłynęła Krew i Woda, nowe, przeczyste Źródło, do którego zaprosił wszystkich ludzi bez wyjątku. Bo jak słyszeliśmy w drugim czytaniu: „Bóg naprawdę nie ma względu na osoby”.

Od dwóch tysięcy lat, aż po dzień dzisiejszy obmywamy się nie w brudnym Jordanie, lecz w przeczystym źródle Wody Życia – w Sakramencie Chrztu Świętego.

Przez dwa tysiące lat, obmyło się już w nim zapewne kilkanaście miliardów ludzi na ziemi.

Także w tym kościele pw. Św. Aleksandra na Placu Trzech Krzyży, przez blisko dwieście lat przyjęło chrzest kilkadziesiąt tysięcy osób.

Przypomina nam o tym ta stara granitowa chrzcielnica, ozdobiona mosiężną pokrywą z czasów świetności warszawskiej fabryki Norblina.

Od Sakramentu Chrztu wszystko się zaczyna. Zaczyna się nowe życie, zaczyna się wspólnota, zaczyna się droga ku Niebu, poprzez pozostałe sakramenty, dla których Chrzest jest bramą.

Chodzi o to, aby przez tę bramę przejść, ale także przeprowadzić tych, których kochamy. Rodzice najbardziej kochają swoje dzieci i dlatego już na początku ich życia, wprowadzają ich na tę piękną drogę, wiodącą ku szczęściu.

Nie pozwólmy jednak, aby Chrzest stał się jedynie kościelnym wydarzeniem, uroczystością rodzinną, zapisaniem dziecka do Kościoła, albo nawet uciążliwym zwyczajem kulturowym, czy imprezą związaną z dużym wydatkiem.

Dziecko ochrzczone? Ochrzczone. Tradycja podtrzymana? Podtrzymana. Było minęło…

A właśnie chodzi o to, aby nie minęło!

Bo w momencie Chrztu, staliśmy się właścicielami ogromnego skarbu, ale często zapominamy, że go posiadamy.

To tak, jakbyśmy mieli potężne pieniądze na koncie, ale zapomnieliśmy, że je mamy i żyjemy dalej jak nędzarze.

A tymczasem chrzest jest prawdziwym skarbem, o którym trzeba nam pamiętać.

Nie bez powodu, także w tym kościele, zaraz przy wejściu znajdują się kropielnice ze święconą wodą i robimy znak krzyża, przypominając sobie o tym.

Otwórzmy zatem dzisiaj ten skarb i przyjrzyjmy się, co Bóg złożył w naszych sercach.

Po pierwsze, choć to dziwnie zabrzmi, chrzest jest pogrzebem.

Święty Paweł w Liście do Rzymian napisał takie oto słowa: „Zatem przez chrzest zanurzający nas w śmierć, zostaliśmy razem z Chrystusem pogrzebani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie – jak Chrystus powstał z martwych dzięki chwale Ojca.”

Chrzest to swoiste „ostatnie pożegnanie”. Pożegnanie życia, które nie posiadało celu i nie miało sensu. To ostatnie pożegnanie ze starym stylem życia i permanentnym wybieraniem grzechu, aby żyć w wolności dzieci Bożych. To pożegnanie z tym wszystkim, co prowadzi do zła, aby nas grzech nie opanował. To wyrzeczenie się szatana i wszystkich jego spraw. To również ostatnie pożegnanie z samotnością, bo odtąd nieodłącznym Towarzyszem mojego życia staje się Bóg i to w Trzech Osobach oraz wszyscy Święci i Błogosławieni oraz Wspólnota Kościoła, do której zostajemy przyjęci.

Sakrament Chrztu, to przejście przez wodę, tak, jak niegdyś Izraelici przeszli przez wody Morza Czerwonego. Przeszli, zostawiając za sobą niewolę i grożącą im śmierć, a równocześnie zmierzali ku wolności i szczęściu Ziemi Obiecanej.

Chrzest jest początkiem tej drogi. Skoro przeszliśmy już przez tę bramę, to starajmy się iść dalej, krocząc drogą pozostałych sakramentów, nie zatrzymujmy się na drodze wiary, a już absolutnie nie zawracajmy, jak chcieli to zrobić, idący przez pustynię Izraelici. Nie wracajmy do „ciemności Egipskich”, do grzesznego życia.

Chrzest jest zatem „ostatnim pożegnaniem” z tym co złe, a równocześnie pierwszym powitaniem tego, co dobre i najcenniejsze.

Od Sakramentu Chrztu zaczyna się nowe życie. Życie, które ma sens, bo zyskało cel, którym jest Niebo. Znikają wtedy pytania, które pojawiają się z perspektywy cmentarza, gdy stoimy nad mogiłą. Znikają pytania o to, po co żyję, skoro mam umrzeć? Po co się trudzić, skoro wszystko rozpadnie się w proch? Jaki sens ma w takim razie ludzkie życie, skoro wszystko ostatecznie pokruszy się, albo zbutwieje?

To właśnie dzięki Sakramentowi Chrztu można zobaczyć perspektywę o wiele dalszą niż grobowiec na cmentarzu. Zyskuje się perspektywę życia wiecznego i szczęścia bez końca.

Drugim skarbem tego sakramentu jest dar usynowienia! Choć wszyscy ludzie na ziemi są dziećmi Boga, to jednak w tym sakramencie Bóg dokonuje ze swej strony pełnej adopcji każdego z nas.

Bóg – Stwórca całego wszechświata traktuje mnie jak swoje dziecko, a nie jak obcego. Nie jestem już tylko dziełem Jego rąk, lecz Jego synem lub córką.

Moje losy nie są Mu obojętne. Nigdy o mnie nie zapomni.

Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nigdy nie zapomnę o tobie!” – mówi Bóg przez proroka Izajasza.

Bóg jest moim Ojcem! Mój Ojciec rządzi światem! A moje losy są w Jego ręku!

W sakramencie Chrztu człowiek zostaje ofiarowany Bogu, oddany pod Jego ojcowską opiekę.

Odtąd wychowuje mnie, troszczy się o mnie, czasem jak mądry ojciec karci, czasem nagradza, ale zawsze stoi po mojej stronie, a nie przeciwko mnie. Nie po to umarł w swoim Synu na krzyżu zamiast mnie, aby mnie teraz porzucić!

Bóg kocha nas bezgranicznie, co udowodnił na Kalwarii. Dziecko ufa temu, kto go kocha! I to jest nasze zadanie.

Jesteśmy dziećmi i takimi mamy pozostać w stosunku do Boga. Bo jeśli nie będziemy stawać się jak dziecko – mówił Pan Jezus – nie wejdziemy do Królestwa Niebieskiego. Bo tylko dziecko zdoła wejść przez „ciasne drzwi”.

Kolejnym skarbem naszego chrztu, jest namaszczenie każdego z nas na szczycie głowy olejem Krzyżma Świętego.

Każdy, kto zna trochę historii, ten wie, że nie wszystkich namaszczało się w ten sposób. To jest przywilej.

Takie namaszczenie jest zarezerwowane jedynie dla trzech: dla kogoś, kto zostawał w tym momencie królem, albo kapłanem, albo prorokiem. W sakramencie Chrztu, każdy z nas otrzymał wszystkie te godności w jednej chwili.

Kto z nas przeżywa swoją codzienność ze świadomością tego, że jest królem, kapłanem i prorokiem?

Musimy przywrócić w sobie tę świadomość.

To jest nasza tożsamość i godność!

Iluż ludzi dzisiaj myśli o sobie źle! Że jest nic nie wart, że jest beznadziejny, nic nieznaczący! A przez to żyje w wycofaniu, w smutku i z niskim poczuciem swojej wartości!

Iluż jest też takich, którzy zapominając o godności, którą już posiadają, szuka sposobów na dowartościowywanie się i to często poprzez posiadanie pieniędzy, przedmiotów, tytułów, znajomości, czy pozycji w społeczeństwie?

Czyż to nie jest gonitwa za czymś, co jest o wiele mniejsze niż to, co już mamy?

Czyż to nie jest w jakimś sensie upokarzanie samego siebie?

Przecież jestem namaszczony na króla! Jestem dziedzicem Królestwa!

Jesteśmy też namszczeni na kapłanów.

I to dotyczy nie tylko tych wyświęconych w katedrze, ale każdego, kto przyjął chrzest.

A skoro każdy z nas jest kapłanem, to znaczy, że naszym powołaniem jest czynić w codzienności rzeczy święte, a w czasie liturgii – najświętsze. Święte, czyli takie, które są na chwałę Bożą. A oddawanie chwały Bożej to nic innego jak czyn miłości. A zatem wszystko to, co nieświęte, a grzeszne, co sprzeciwia się miłości, nie powinno być moim dziełem.

Gdy przetłumaczymy słowo „Liturgia” to zobaczymy, że oznacza ono „wspólne działanie”. Na czym ono polega? Polega ono na budowaniu mostów między niebem, a ziemią i między sobą nawzajem, na budowaniu wspólnoty.

To realizacja pragnienia Pana Jezusa, który mówił: „Abyście byli jedno, jak Ja z Ojcem stanowimy jedno”.

To właśnie dlatego każdy papież nazywany jest mianem „Pontifex Maximus”, co się tłumaczy: „Najwyższy Budowniczy Mostów”. Każdy z nas, pod jego przewodnictwem, ma czynić to samo – budować mosty. Wzywanie wszystkich chrześcijan na liturgię, na Mszę świętą w niedzielę i święta, to nic innego, jak wzywanie do wypełniania tej kapłańskiej misji budowania naszej jedności z Bogiem. Oprócz liturgii to także modlitwa. Dlatego ciągle Pan Jezus, a dziś Kościół, jak katarynka powtarza o konieczności głębokiej modlitwy każdego z nas. Budujmy mosty z Bogiem przez uczestnictwo w Liturgii i osobistą modlitwę!

Budowanie mostów, to także budowanie jedności z drugim człowiekiem. Dlatego chrześcijanie nazywają siebie braćmi i siostrami, a nie obcymi panami i paniami.

Po wielokroć Pan Jezus wzywał też nas do przebaczania swoim winowajcom. A czymże jest przebaczenie, jeśli nie naprawą zerwanego mostu porozumienia między ludźmi?

Jesteśmy też namaszczeni na proroków.

Prorok to nie „przepowiadacz przyszłości” i nie jasnowidz, choć powinien widzieć jasno, bo odczytywać rzeczywistość w świetle słowa Bożego.

Prorok to głos Boga w świecie.

Czy nim jestem?

Chrzest wzywa nas do dawania świadectwa o Bogu i Jego Radosnej Nowinie.

Zapytajmy się siebie, czy wypełniamy tę misję. Czy jako prorocy nie milczymy? Czy z obawy przed ludzkimi opiniami, nie zamknęliśmy swoich ust? Zobaczmy! Czy Pan Bóg pojawia się w naszych rozmowach z innymi? Czy imię Jezusa, odwołania do Niego, pojawiają się w naszych dyskusjach przy stole? Czy nasza wiara nie jest tylko „kościółkowa” albo „zakrystyjna”?

Strach jest największym zagrożeniem dla głoszenia Ewangelii.

Czy nie jesteśmy niemymi prorokami nawet w naszych domach?

Dziś wielu rodziców i dziadków płacze nad swoimi dziećmi i wnukami, że są niewierzący, że przestali chodzić do kościoła, chociaż ich ochrzcili i doprowadzili do pierwszej Komunii Świętej. Ale to było dopiero zasianiem w nich ziarna wiary. Ono nie wykiełkuje, gdy się go nie pielęgnuje i nie chroni. Jeśli imię Jezus nie pada z naszych ust w codziennych rozmowach, to zasiane w sakramentach ziarno, pozostaje niepodlane i usycha. Świeca chrzcielna paliła się jedynie w kościele. Potem nie podtrzymywano jej płomienia i zgasła.

Czyż przez nasze milczenie i nieprzyznawanie się do wiary w Boga, sami nie wywołujemy wrażenia, że przyznać się to obciach?

Jesteście solą ziemi i światłem świata. Ale jeśli sól utraci swój smak, to czymże ją posolić?” – pytał retorycznie Chrystus.

Żadnemu prorokowi nie było lekko. Byli prześladowani. Sam Jezus zapowiada nam, że będziemy w nienawiści u wszystkich z powodu Jego Imienia.

Ale zbawionym będzie ten, kto wytrwa do końca. Kto przyzna się do Jezusa przed ludźmi!

I na koniec jeszcze jedno…

Pan Jezus pytał się kiedyś: „Czy goście weselni mogą się smucić dopóki pan młody jest z nimi?” To On jest „Panem Młodym”.

W momencie chrztu otrzymaliśmy białą szatę. To nic innego jak suknia panny młodej.

Dusza każdego z nas jest oblubienicą tego Oblubieńca i ma być Jemu wierna i dla Niego czysta.

Jestem kochany przez Niego, a przez Chrzest jestem Jemu zaślubiony.

Ale biała szata lubi się brudzić.

O tym, że mamy dbać o biel, czyli czystość naszej białej szaty, czyli naszej duszy, też nie wolno nam nigdy zapomnieć.

Konfesjonał jest jak Boża Pralnia!

Sakrament Chrztu to wielki skarb. Dzięki niemu jestem dzieckiem Bożym, królem, kapłanem, prorokiem, a moja dusza, ukochaną oblubienicą Chrystusa.

I w tym kryje się również odpowiedź na częste dziś zarzuty wobec chrzczenia małych dzieci. Bo który kochający rodzic, wiedząc o takich skarbach ukrytych w Sakramencie Chrztu, zwleka i zastanawia się, czy dać je swoim ukochanym dzieciom?

Chrystus miał świadomość tego, kim jest. Wiedział, że jest Bogiem, miał świadomość tego, że jest Królem, Prorokiem i Najwyższym Kapłanem. Nie zagłuszyły tego wydarzenia z Jego życia. Ani drzwi zamknięte przed Nim w Betlejem, ani brudne wody Jordanu, w które wszedł, ani męka i śmierć na Kalwarii i ciemny grobowiec, w którym złożono Jego Ciało.

Niech i w nas zawsze trwa świadomość tego, kim jesteśmy na mocy chrztu. Niech żadne trudne życiowe wydarzenia nie zasłonią nam tej prawdy, że jesteśmy dziećmi Boga, namaszczonymi na królów, kapłanów i proroków. Odziani w białe szaty Nieba.

Obyśmy żyli tak, by Bóg mógł o każdym z nas powiedzieć:

To jest moje dziecko umiłowane, w którym mam upodobanie”.

Bierzmowanie


Bierzmowanie osób dorosłych kurs wiosenny

Parafia św. Aleksandra na pl Trzech Krzyży rozpocznie 29 kwietnia o godz 19:00 przygotowanie do sakramentu bierzmowania dla osób dorosłych, które ukończyły 20 rok życia.

Spotkania przygotowujące odbywać się będą w sposób stacjonarny w środy o godzinie 19.00.

Kurs kończy się przyjęciem sakramentu bierzmowania w naszej parafii zaraz po skończeniu sesji w czerwcu

Spotkania będą odbywać się w kościele dolnym. Na pierwsze spotkanie prosimy przynieść odpis aktu chrztu oraz skierowanie na udział w kursie, jeśli osoba jest spoza naszej parafii.

Zgłoszenia przyjmujemy telefonicznie w godzinach pracy kancelarii parafialnej:

poniedziałki, środy i piątki w godz. 10:00 – 12:00 oraz 16:30 – 18:30,

tel. 22 628 53 35

oraz mailowo; kancelaria@swaleksander.pl

Można się także zgłosić w dniu rozpoczęcia kursu 29 kwietnia

oraz mailowo; kancelaria@swaleksander.pl


Sakrament pokuty i pojednania

Spowiadamy w czasie Mszy św.

III NIEDZIELA WIELKIEGO POSTU – ROK A
SAKRAMENT POKUTY”
PARAFIA PW. ŚW. ALEKSANDRA, 8 MARCA 2026r., WARSZAWA
KS. GRZEGORZ KALBARCZYK SAC

Dzisiejsze pierwsze czytanie przeniosło nas na pustynię, przez którą Bóg prowadził Naród Wybrany z niewoli egipskiej do wolności ziemi obiecanej.

Ale jak słyszeliśmy, pomimo niezliczonej liczby cudów, które były dowodami miłości Boga do Izraelitów, ten lud ciągle się buntował, ciągle domagał się nowych znaków, ciągle Bogu nie ufał i ciągle grzeszył.

Pomimo tego Pan Bóg był niezwykle do nich cierpliwy i wytrwały w swojej miłości.

Ta prastara historia dzieje się i dziś.

Tak, jak Izraelici ciągle szemrali przeciw Bogu, ciągle upadali w grzechy, byli Bogu nieposłuszni, tak jest i z nami. Ciągle wybieramy niebezpieczne drogi, szerokie furtki, szukamy łatwego szczęścia i zamiast przechodzić przez ciasną bramę i iść prostą drogą ku Niebu, błądzimy po „pustyniach” naszego życia.

Ale Pan Bóg, podobnie jak przed wiekami, nic nie stracił ze swej cierpliwości, nie męczy się przebaczaniem i nie ma limitów w okazywaniu nam miłosierdzia.

Święty Paweł napisał, jak słyszeliśmy w drugim czytaniu: „Bóg okazuje nam swoją miłość właśnie przez to, że Chrystus umarł za nas, gdy byliśmy jeszcze grzesznikami”.

I to jest święta prawda, bo Jezus nie umierał za prawych i dobrych, ani w momencie masowych nawróceń, ale wtedy, gdy wszyscy Mu złorzeczyli, albo się Jego wyparli i opuścili.

Umarł na krzyżu zamiast nas. To nie On zasłużył na śmierć, lecz my.

Dosyć często spotkać możemy pytanie, dlaczego Bóg Ojciec nie oszczędził własnego Syna, ale wybrał właśnie tak okrutny sposób, aby odkupić ludzkość.

Warto zatem to teraz wyjaśnić.

Po pierwsze Bóg zawsze przemawia przez słowa i wydarzenia w taki sposób, aby ludzie Go zrozumieli.

A zatem, gdy nadszedł czas, aby dokonać dzieła odkupienia ludzkości, a było to niemal dwa tysiące lat temu, dokonał tego w sposób bardzo jasny i czytelny dla ówczesnych ludzi.

Ówcześni mieli świadomość tego, że karą za grzech jest śmierć.

Takie prawo zapisane było w świętych pismach w wielu miejscach.

Wiedzieli, że każdy, kto popełnia grzech dopuszcza się obrażania wszechmocnego Boga.

Czymże ja jestem przed Twoim obliczem? Prochem i niczym”.

A zatem człowiek, ten „proch i nic” ośmiela się obrażać Stwórcę nieba i ziemi?

W Prawie Mojżesza jasne było, że w takim razie taki człowiek winny jest śmierci.

Ale ponieważ każdy człowiek grzeszy, czyli obraża Pana Boga, to stąd wniosek, że każdy powinien za karę umrzeć.

Naród Izraelski wybrnął z tej „pułapki śmierci” w taki sposób, że zaczął składać ofiary Bogu ze zwierząt, które wcześniej zabijał. Były to tzw. ofiary zastępcze. Zamiast grzesznika, zabijano najczęściej baranka.

Krew przelana? Przelana. Życie stracone? Stracone. Rachunek się zgadzał.

Składaniu tych ofiar nie było końca, bo grzechom nie było końca.

Ale Panu Bogu nie podobały się te ofiary. Wcale ich nie potrzebował. Przez proroka Izajasza Bóg w którymś momencie powiedział nawet: „Co mi po mnóstwie waszych ofiar? Syt jestem całopalenia kozłów i łoju tłustych cielców. Krew wołów i baranów, i kozłów mi obrzydła. Gdy przychodzicie, by stanąć przede Mną, kto tego żądał od was? (…) Przestańcie składania czczych ofiar! Obrzydłe Mi jest wznoszenie dymu; (…) Ręce wasze pełne są krwi.”

Ale Izraelici nie wzięli sobie tych słów do serca i nadal zabijali baranki w Świątyni, wierząc, że w ten sposób czynią zadość słowom, które mówiły, że „karą za grzech jest śmierć.”

A zatem, aby skończyć z zabijaniem baranków, postanowił Bóg złożyć raz na zawsze jedną ofiarę za grzechy całego świata.

Musiała to być zatem ofiara doskonała. Doskonały baranek. Taka ofiara, która przekona wszystkich, że więcej już innych nie potrzeba.

Doskonały jest tylko Bóg.

A zatem On sam postanowił złożyć siebie w ofierze.

Dlatego, jak wyznajemy w „Credo” zstąpił z nieba i przyjął ludzkie ciało. Bóg ofiarował siebie w swoim Synu. Bo Ojciec i Syn stanowią Jedno. „Ja i Ojciec, jedno jesteśmy, mówił Pan Jezus”

Ja życie moje oddaję, aby je [potem] znów odzyskać.  Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać”. (J 10,17-18)

Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata!” – wołał św. Jan Chrzciciel, wskazując na Jezusa.

A ponieważ Bóg lubi „piec wiele pieczeni na jednym ogniu”, więc złożenie siebie samego w ofierze za grzeszników, było dowodem nie do obalenia, że Bóg kocha ludzi, jak nikt inny.

Bo czy istnieje jakiś większy dowód na miłość, niż oddać życie za kogoś?

Odtąd krzyż stał się znakiem miłości Boga do człowieka.

Aby więcej nie składano już ofiar z baranków, Bóg posłużył się wydarzeniami politycznymi i dopuścił do zniszczenia Świątyni w Jerozolimie, i do dnia dzisiejszego Żydzi nie są w stanie jej odbudować.

Stoi w tym miejscu od wielu wieków meczet. Żydom zaś, którzy nie przyjęli miłości Chrystusa, bo nie rozpoznali w Nim zapowiadanego Mesjasza, pozostała jedynie ściana płaczu.

Jezus umarł na krzyżu zamiast nas – Baranek Boży, zaprowadzony na rzeź.

Sam stał się ofiarą zastępczą. Zastąpił nas.

Tak właśnie dokonało się nasze odkupienie.

I to było bardzo czytelne dla ówczesnych.

Nam, żyjących w zupełnie innych czasach, w innej kulturze i mentalności i z inną wrażliwością, może wydawać się to okrutne, ale dla nich było to przekonujące i zrozumiałe.

W ten sposób Bóg odkupił całą ludzkość i zaprosił do miłosnej relacji ze sobą, jako nasz Zbawiciel.

Bóg jednak zawsze szanuje wolność człowieka. Dlatego nie zmusza ani do przyjęcia daru odkupienia, ani tym bardziej do miłości.

Kładę przed Tobą życie i śmierć, szczęście i nieszczęście. Wybieraj!”

Skorzysta zatem z daru odkupienia ten, kto będzie chciał. Kto przyjdzie do Jezusa i opłucze swoją białą szatę w Jego Krwi przelanej na krzyżu.

Mówi o tym bardzo jasno Apokalipsa:

A oto wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojący przed tronem i przed Barankiem. Odziani są w białe szaty, a w ręku ich palmy. (…)«Ci przyodziani w białe szaty kim są i skąd przybyli?»(…) «To ci, którzy przychodzą z wielkiego ucisku i opłukali swe szaty, i w krwi Baranka je wybielili.  Dlatego są przed tronem Boga i w Jego świątyni cześć Mu oddają we dnie i w nocy. A Zasiadający na tronie rozciągnie namiot nad nimi. Nie będą już łaknąć ani nie będą już pragnąć, i nie porazi ich słońce ani żaden upał, bo paść ich będzie Baranek, który jest pośrodku tronu, i poprowadzi ich do źródeł wód życia: i każdą łzę otrze Bóg z ich oczu”.

To obraz zbawionych, czyli tych, którzy będą w niebie.

Każdy z nas otrzymał na chrzcie świętym białą szatę.

Biała szata to nasza czysta dusza.

Zbawionymi są ci, którzy tę szatę opłukali z brudu grzechów we Krwi Baranka.

Konfesjonał – Boża pralnia dla naszych białych szat.

Ta szata jest jak suknia panny młodej. A naszym Oblubieńcem jest Baranek – Chrystus Pan! To dlatego właśnie my, czyli Kościół nazwani zostaliśmy Jego Oblubienicą.

Białe lubi się jednak brudzić, a nawet brudzi się wyjątkowo łatwo i szybko.

Dlatego trzeba korzystać z Bożej Pralni – czyli z Sakramentu Pokuty.

Jest taka przypowieść Pana Jezusa o zaproszonych na ucztę, którzy się wymówili i nie chcieli przyjść. To była mowa o Żydach, którzy nie chcieli stać się „Panną Młodą”, „Oblubienicą Chrystusa” i odrzucili Jego zaproszenie, by stać się Kościołem. Wtedy Pan zaprosił wszystkich pozostałych, a zatem ówczesnych pogan. Ale znalazł się na tej uczcie człowiek, nie ubrany w strój weselny, czyli nie miał czystej białej szaty i został wyrzucony z wesela.

Zapewne stało się tak dlatego, że znalazł się na nim w chwili niespodziewanej i był nieprzygotowany.

Chwila odejścia z tego świata, jest przejściem albo na ucztę w niebie, albo gdy będziemy w szacie zbrukanej grzechem, tam gdzie jest „płacz i zgrzytanie zębami” – jak mówił Pan Jezus.

Często tej chwili się nie spodziewamy, a zatem nieustannie musimy być gotowi, czyli mieć czystą duszę – naszą białą szatę.

Przykazanie kościelne mówi co prawda o obowiązku spowiedzi przynajmniej raz w roku i to w czasie wielkanocnym, ale tak naprawdę, gdy się zastanowimy, czy można chodzić przez cały rok w brudnym ubraniu? Albo czy można żyć w niezgodzie z kimś kogo się podobno kocha, a obraziło się go i czekać cały rok, aby go przeprosić?

Jak by to było, gdybyśmy obrazili ukochaną osobę, ale zwlekali z pojednaniem przez cały rok? „Kochana żono, obraziłem cię, ale poczekaj sobie jeszcze trochę na moje „przepraszam”. Jak będą twoje imieniny, to cię przeproszę, albo za pół roku na rocznicę ślubu”.

Czy to jeszcze miłość?

My często tak postępujemy w stosunku do Pana Boga. „Kocham Cię Panie Boże, ale poczekaj sobie na moje przeprosiny. Na Twoje Boże Narodzenie Cię przeproszę, albo na Twoją Wielkanoc”.

Czy to jest jeszcze miłość?

Gdy Izraelici wychodzili z Egiptu, mieli za zadanie czym prędzej oznaczyć swoje domy krwią baranka. Wtedy Anioł Śmierci, który przechodził między domami, pozostawiał ich przy życiu.

Czym prędzej!

Podejdźmy do tej sprawy bardzo poważnie, bo tu nie ma żartów. To sprawa życia i śmierci.

Każdy z nas grzeszy. Po każdym grzechu ciężkim, który nazywa się, nie bez powodu, grzechem śmiertelnym, pozostaje w naszym ręku jakby „wyrok śmierci” na nas.

Kratki konfesjonału działają jak „niszczarka do papieru”.

Wyznając grzechy ciężkie w konfesjonale przepuszczamy przez te kratki „wyroki śmierci” nam grożące.

Dlatego Kościół prosi, aby nigdy nie zatajać choćby jednego ciężkiego grzechu, aby nic nie pozostało „w ręku” a raczej na tej białej szacie spowiadającego się.

Stąd też potrzeba zrobienia wcześniejszego dobrego rachunku sumienia, aby o wszystkich grzechach ciężkich, czyli tych grożących nam „wyrokach śmierci” sobie przypomnieć.

Spowiedź nie zawsze jest prostą sprawą. Nieraz opór rodzi się przed tym, że trzeba wyznawać swoje grzechy przed księdzem, który przecież też jest grzesznikiem.

Wielu więc pyta, czy nie lepiej by było spowiadać się bezpośrednio Bogu zamiast do ucha księdza.

Na pewno byłoby tak wszystkim łatwiej. Nie tylko penitentom, ale i kapłanom, bo słuchanie o grzechach wcale nie jest łatwe i przyjemne.

Ale Sakrament Pokuty ustanowił Pan Jezus właśnie w taki sposób.

Mówił bowiem do Apostołów: „Komu odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane”.

Absolutnym warunkiem otrzymania odpuszczenia grzechów jest żal i mocne postanowienie poprawy, które z tego żalu wypływa.

Żałuję, czyli czuję wewnętrzny ból z powodu tego, co zrobiłem. Gdybym mógł cofnąć czas, nie zrobiłbym tego. Ale ponieważ cofnąć go nie mogę, więc ze skruszonym sercem proszę Boga o przebaczenie i obiecuję, że zrobię wszystko, aby nie popełnić tego zła kolejny raz.

Jeśli ktoś nie żałuje, a z góry zakłada, że nadal będzie popełniać grzechy ciężkie, bo ich zwyczajnie chce, a tylko dla spokoju sumienia chce się wyspowiadać, wówczas takie rozgrzeszenie nie działa.

Bo to jest tak, jak z przeprosinami. Cóż warte byłyby one, gdyby ktoś nas najpierw obrażał, za chwilę przepraszał, a po przeprosinach znów obrażał?

A zatem możemy powiedzieć, że o ważności rozgrzeszenia nie decyduje ani ksiądz, ani nawet sam Pan Bóg, ale grzesznik, a dokładniej to, czy ten grzesznik żałuje i czy zamierza zmienić swoje postepowanie.

Kapłan ma za zadanie jedynie rozeznać czy ktoś szczerze żałuje, czy nie.

Bo sakrament Pokuty nie jest po to, aby się spowiadać, ale sakrament Pokuty jest po to, aby się nawracać, czyli odwrócić od zła, rozpocząć nowe życie w świętości.

Oprócz grzechów ciężkich Kościół zachęca, aby wyznawać także grzechy lekkie, bo to pomaga w pracy wewnętrznej nad swoimi wadami.

Nie mamy jednak obowiązku spowiadania się z grzechów lekkich, bo zawsze na początku każdej Mszy Świętej jest odmawiany „Akt Pokutny”, który, jeśli świadomie w nim uczestniczymy i żałujemy swoich niedoskonałości, skutkuje odpuszczeniem naszych grzechów powszednich. Ciężkie grzechy gładzi jedynie Sakrament Pokuty.

Dosyć często się zdarza, że oprócz grzechów ciężkich i lekkich, ktoś w czasie spowiedzi chce się podzielić różnymi historiami i opowieściami, a ich tematyką zazwyczaj są inni ludzie.

Często przez to spowiedź trwa bardzo długo i powoduje zniecierpliwienie stojących w kolejce.

Niektórzy mówią wtedy: „ale ten ksiądz długo spowiada, ale długo trzyma ludzi”. Czasem spowiedź rzeczywiście może trwać dłużej, bo bardzo skomplikowane sytuacje, wymagają, aby poświęcić im więcej czasu, ale zdarza się też tak, że to penitent bardzo długo „trzyma” księdza przez długie opowieści. Warto więc pamiętać o tych, którzy czekają za naszymi plecami i okazać im miłosierdzie przez skupienie się na wyznaniu ze skruchą swoich grzechów i tylko grzechów i tylko swoich.

Jest jeszcze jeden warunek dobrej spowiedzi.

To zadośćuczynienie.

Ono jest jednym z najtrudniejszych zadań.

Odwołać kłamstwo, przeprosić kogoś, oddać ukradzioną rzecz, przyznać się do błędu.

Ileż to człowieka kosztuje! Ile wstydu trzeba się wtedy najeść.

Ale ten wstyd jest dla nas zbawienny.

Wstyd z powodu popełnionego zła, bardzo pomaga w tym, aby nie popełnić tego zła kolejny raz. Bo czy jest ktoś, kto chciałby się wstydzić kolejny raz?

Często niestety wracamy do grzechów, które popełniliśmy.

Święty Piotr w swoim drugim liście porównuje takich ludzi do psa i do świni. Napisał: „Pies powrócił do tego, co sam zwymiotował, a świnia umyta – do kałuży błota.”

Zadośćuczynienie bardzo pomaga by nie wrócić do „kałuży błota”

W kościele na Placu Trzech Krzyży konfesjonałów nie brakuje.

W sześciu konfesjonałach księża ofiarnie i z miłością zasiadają w tych „Bożych Pralniach”, by płukać „białe szaty” przyszłych zbawionych.

A zatem, jak śpiewaliśmy w dzisiejszym psalmie:

Słysząc głos Pana, serc nie zatwardzajmy”, ale wyznajmy z wiarą, jak zrobili to samarytanie z ewangelii: „Jezus jest prawdziwie Zbawicielem świata!”

Jezus jest moim Zbawicielem!

Zbawia mnie w Sakramencie Pokuty!


Eucharystia


Sakrament Małżeństwa

NIEDZIELA W OKTAWIE NARODZENIA PAŃSKIEGO
ŚWIĘTO ŚWIETEJ RODZINY, JEZUSA, MARYI I JÓZEFA – ROK A
SAKRAMENT MAŁŻEŃSTWA”
PARAFIA PW. ŚW. ALEKSANDRA, 28 GRUDNIA 2025r., WARSZAWA
KS. GRZEGORZ KALBARCZYK SAC

Słowo Chrystusa niech w was mieszka w całym swym bogactwie” – słyszeliśmy w drugim czytaniu.

Tym Słowem jest sam Chrystus, a bogactwem są jego sakramenty, przez które chce nas upodabniać do Siebie – świętego i nieśmiertelnego.

Od dwóch tysięcy lat to Słowo pragnie zamieszkać z całym swym bogactwem w sercach ludzkich na całym świecie.

Od niemal dwustu, rozbrzmiewa w tym niezwykłym warszawskim kościele pw. św. Aleksandra na Placu Trzech Krzyży.

Zamieszkał w nim sam Chrystus, po to, aby każdy, kto tylko pragnie, mógł przyjść i dostąpić uzdrowienia, odpuszczenia grzechów, pokrzepienia, uświęcenia i mocy Jego błogosławieństwa.

Mieszka w tej świątyni nieustannie i daje się dotknąć.

Sakramenty święte – siedem sposobów, aby dotknąć Chrystusa.

Iluż ludzi starało się Go dotknąć, gdy chodził po palestyńskiej ziemi?

Daje się dotknąć także w sercu Warszawy, na Placu Trzech Krzyży.

A wszystko zaczęło się właśnie od krzyża.

Na Krzyżu bowiem z Jego przebitego Serca wypłynęła Krew i Woda i stąd wzięły swój początek Sakramenty Kościoła.

Jakże to niezwykle symboliczne, że na Placu Trzech Krzyży stoi ta świątynia, okrągła jak studnia, z której możemy zaczerpnąć tej życiodajnej Krwi i Wody. I jakże to symboliczne, że swój początek ma tutaj ulica Nowy Świat!

Sakramenty są, z całą pewnością, drogą ku Nowemu Światu, ku pięknemu życiu, ku szczęśliwości Nieba. A swój początek mają właśnie w krzyżu – w znaku Miłości Boga do człowieka.

Ta świątynia powstała właśnie dla Chrystusa i dla człowieka.

Zbliża się wielkimi krokami wielki jubileusz 200-lecia konsekracji tego kościoła. Dlatego, począwszy od dzisiejszej niedzieli, w ramach przygotowań do uczczenia tej rocznicy, przez jedną niedzielę w miesiącu, przybliżać będziemy znaczenie Sakramentów, dla których ten kościół powstał. A wszystko po to, aby z wiarą, a zatem skutecznie móc dotknąć się Lekarza Dusz i Ciał, Dawcy Życia, – Chrystusa Pana!

Wielu ludzi cisnęło się do Jezusa i wielu Go dotykało, ale tylko ten, kto zrobił to z wiarą, jak ewangeliczna kobieta cierpiąca na krwotok, doznawało uzdrowienia.

Trudno będzie zrobić to temu, kto odczytuje rzeczywistość jednowymiarowo, technicznie, jako płaski obraz.

Jeśli tylko z powodu niedzielnego obowiązku, czy świątecznej zasady, tutaj przyjdzie. Potrzeba wiary, czyli umiejętności widzenia tego, co ukryte, tego, co głębokie, tego, co jest treścią.

To tak, jak było z miedzianym wężem na pustyni. Tylko spojrzenie na niego z wiarą skutkowało uratowaniem życia. Ci, którzy patrzyli na niego jednowymiarowo i widzieli jedynie jakąś figurkę węża z połyskującej miedzi, zawieszoną na palu i nic poza tym, nie skorzystali z szansy, by ocalić życie.

Chodzi o to, aby dostrzec i uwierzyć w to, czego nie widzą nasze zmysły, a jest zawarte w sakramentach.

Matce, która przytula swoje dziecko, nie chodzi o to, aby przekazać mu jedynie swój dotyk, ale przez ten znak przytulenia, chce przekazać swemu dziecku swoją miłość.

Prosty znak przytulenia, a niesie za sobą głęboką treść, wykraczając poza to, co się widzi oczami.

I podobnie jest z nami i naszym patrzeniem na sakramenty.

Bo sakramenty choć są zewnętrznymi znakami, widzialnym rytuałem, słyszalnymi słowami, podniosłą ceremonią, to jednak są one nośnikiem czegoś niewidzialnego i o wiele głębszego – łaski Boga, który uświęca człowieka i prowadzi go do szczęścia bez końca.

Sakramenty są zatem odpowiedzią na pragnienia duszy.

A pragnieniem duszy każdego z nas, jest pragnienie nieśmiertelnego szczęśliwego istnienia, czyli Nieba.

Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie” – mówi Chrystus.

Zbawić nas może jedynie On.

W jaki sposób? Właśnie przez sakramenty. To jest właśnie droga, która prowadzi w ten „nowy świat”.

Dziś Święto Świętej Rodziny.

Przyjrzyjmy się zatem Sakramentowi Małżeństwa. Spróbujmy odkryć ukryte duchowe znaczenie tego daru.

Wszystko zaczęło się przy stworzeniu świata, kiedy Bóg powiedział słowa: „Nie jest dobrze, aby mężczyzna był sam”.

I uczynił Bóg niewiastę i postawił ją obok mężczyzny.

Uczynił ją z żebra, jak mówi Księga Rodzaju.

Dlaczego właśnie z żebra?

Bo żebro jest najbliżej serca. Bo żebra chronią serce. I to jest bardzo symboliczne.

Tworząc związek kobiety i mężczyzny, Bóg chciał, aby był to związek oparty na miłości i aby jedno chroniło serce drugiego.

Sakrament Małżeństwa jest niezwykły. To jedyny Sakrament, którego nie udziela ksiądz. Ksiądz tylko w imieniu Chrystusa potwierdza i błogosławi. Ten sakrament sprawują sami narzeczeni stając naprzeciw siebie, wypowiadając słowa przysięgi, która mówi o tym, że samych siebie składają w ofierze drugiej osobie.

I takie ma być całe ich życie – składaniem daru z siebie.

Choć wprost słowa przysięgi tak nie brzmią, to jednak w swej ukrytej głębi, którą musimy odkryć, narzeczony mówi niejako przyszłej żonie: „Bierz i jedz, to jest ciało moje, bierz i pij, to jest krew moja.” Zaraz po narzeczonym odpowiada tym samym narzeczona. To symbol komunii między małżonkami. Jakby odbicie tego, co słyszymy na każdej Eucharystii – Komunii Boga z nami, gdzie Bóg daje nam siebie.

Odkrywając dalej ukrytą pod słowami, gestami i znakami treść sakramentu małżeństwa, spójrzmy na gest złączonych w tym momencie dłoni narzeczonych. Dwie dłonie przewiązane kapłańską stułą. Ukrytym sensem tego znaku jest to, że trzeba zobaczyć w tej stule jakby trzecią rękę. To ręka Chrystusa, która wiąże dłonie narzeczonych.

W ten sposób Chrystus sam zobowiązuje się do tego, że będzie ich ze sobą spajać, że będzie dawał im siłę do bycia razem w zdrowiu i chorobie, w dobrej i złej doli, dopóki śmierć ich nie rozłączy. Jakby chciał w ten sposób powiedzieć: „Jak długo będzie się trzymać Mojej dłoni, jak długo będziecie trzymać się Mnie, tak długo nie rozpadniecie się i będziecie jednością. Bo Ja jestem źródłem miłości.

I to jest właśnie poziom sakramentalny małżeństwa. To dawanie miłości, którą czerpie się od Chrystusa.

Ciekawe są badania na temat trwałości małżeństw.

Pokazują one, że najwięcej rozpada się związków niesakramentalnych. Dużo mniej rozwodów zdarza się w małżeństwach po kościelnym ślubie. Jeszcze mniej, gdy małżonkowie razem chodzą na Eucharystię. A niemal w ogóle nie ma rozwodów tam, gdzie małżonkowie codziennie razem się modlą.

Bo żeby mieć siłę, do kochania, trzeba najpierw tej miłości zaczerpnąć ze Źródła, którym jest Chrystus.

Wielu ludzi dzisiaj zupełnie nie rozumie tego. Po ceremonii ślubnej szybko puszczają się dłoni Chrystusa, a tym samym odłączają się od źródła, które daje moc do kochania.

Wielu ludzi redukuje też znaczenie bycia razem i samej miłości.

Jedni do zjednoczenia cielesnego, inni do przyjaźni, albo partnerstwa.

Miłość na poziomie sexu to patrzenie na osobę, jak na przedmiot pożądania. Ponieważ taka miłość troszczy się jedynie o własne zadowolenie, szybko zmienia się w nienawiść, gdy nie zostanie zaspokojona.

Miłość na poziomie przyjaźni potrafi dostrzec wartość drugiej osoby. Potrafi pokochać kogoś za to, że jest dobrym człowiekiem, za to co robi, za to, co tworzy, albo za wspólny światopogląd, czy zainteresowania. Ona zawsze liczy jednak na odwzajemnienie. To taki rodzaj niepisanej transakcji i kontraktu. Ja tobie, a ty mi.

Najwyższy poziom miłości to miłość sakramentalna. Miłość, która kocha, nie licząc na wzajemność. Kocha drugiego człowieka nie ze względu na jego atrakcyjność, czy talent, nie ze względu na sympatie do niego, ale kocha tę osobę ze względu na Boga.

Druga osoba jest jej dana, aby się dzięki niej uświęcać i aby jej pomóc w uświęceniu.

Wzorem tej miłości jest miłość Chrystusa do Kościoła, czyli nas wszystkich.

Pan Jezus wielokrotnie sam nazywał siebie Panem Młodym, a nas, swoją Oblubienicą.

Nie kocha nas miłością seksualną, ani miłością jedynie przyjacielską. Nie kocha nas za coś, ale kocha pomimo. Pomimo naszych grzechów, pomimo naszych braków, pomimo naszych błędów i tego, że nie jesteśmy takimi, jakimi chciałby nas mieć. Kocha nas miłością wierną, pomimo tego, że wiele robimy, aby nas przestał kochać.

Bo trudno nas kochać. Ale On to robi, pomimo tego, że my zupełnie na jego miłość nie zasługujemy.

Mimo wszystko pragnie dla nas szczęścia. I to właśnie szczęścia wiecznego, a nie chwilowego.

I tak samo powinno być w małżeństwie.

Dlatego Pan Jezus czasem nami potrząśnie, czasem uwije bicz ze sznurów i powywraca nam wszystkie stoły, jak kiedyś zrobił to w świątyni. Czasem, gdy jesteśmy nieurodzajnym figowcem, każe okopać nas, czyli przewrócić do „góry nogami” ziemię, w której żyjemy, życie w którym zapuściliśmy korzenie i każe obłożyć nas cuchnącym nawozem. I to wszystko też jest wyrazem Jego miłości do nas.

Bo miłość to nie miłe słówka. To nie tylko uśmiechanie się do siebie. To nie jedynie przytulanie albo spędzanie ze sobą czasu. Miłość to zrobienie wszystkiego, aby ta druga osoba żyła, żeby owocowała i żeby kiedyś żyła życiem wiecznym, życiem szczęśliwym. A zatem małżeństwo sakramentalne jest wzajemnym prowadzeniem się małżonków do Dawcy Życia, do Chrystusa.

I to jest cel każdego chrześcijańskiego małżeństwa.

Gdyby wszyscy zrozumieli czym jest prawdziwa miłość i po co jest ten sakrament, nie byłoby ani jednego rozwodu, ani jednej rozbitej rodziny, ani jednej łzy na policzku najbardziej pokrzywdzonych wtedy dzieci.

A dowiedziono to już dawno temu, że dzieci szczęśliwe są wcale nie dzięki temu, że są rozpieszczane i dostają wszystko, co chcą, ale najbardziej są szczęśliwe, gdy widzą, jak tata kocha mamę i jak mama kocha tatę.

Dzieci to drugi cel sakramentalnego małżeństwa.

Bo Bóg kocha życie. Dlatego chce je w nieskończoność pomnażać. A ponieważ Bóg to Miłość, więc można powiedzieć, że prawdziwa miłość kocha życie i dlatego chce je zrodzić.

Biblia wielokrotnie mówi o tym, że dar potomstwa jest oznaką Bożego błogosławieństwa. Żydzi rozumieli to tak, że dzieci są w jakimś sensie przedłużeniem życia rodziców. Rodzice kiedyś umrą, ale w jakimś stopniu będą trwali w swoim potomstwie dalej. Nie tylko w biologicznym przekazie kodu genetycznego, ale także w ich pamięci, wspomnieniach i podobieństwie po nich odziedziczonym.

I choć nie jest to jeszcze życie wieczne, to z całą pewnością dzięki dzieciom następuje jakieś przedłużenie życia. Szkoda, że wielu dziś rezygnuje z daru potomstwa, z owocu swojej miłości. Niż demograficzny to rzeczywistość niestety bliższa śmierci niż życiu.

Coraz więcej ludzi decyduje się też na bycie ze sobą w oderwaniu od sakramentalnego źródła i to nie mając przeszkód, aby z niego czerpać.

Decyzja o sakramencie małżeństwa wiąże na całe życie. I tego wielu się boi.

Bo sakrament małżeństwa to przysięga. To potwierdzenie przed wszystkimi, że jestem pewien swojej miłości i nie wyobrażam sobie, abyśmy mogli się kiedykolwiek rozejść w przeciwnych kierunkach.

Wolne związki, życie na tzw. „kocią łapę”, czy związki partnerskie są dowodem na to, że tej pewności się nie ma. Że moja miłość jest niepewna. Że w razie czego nic nas nie wiąże, bo nie jesteśmy związani sakramentalnym węzłem. Łatwiejsze będzie wtedy rozejście się „każdy w swoją stronę”.

Tymczasem prawdziwa „miłość nigdy nie ustaje”, jak pisał święty Paweł w słynnym Hymnie.

Wiele par wybiera właśnie ten Hymn na uroczystość swojego ślubu.

I słyszą w nim słowa o tym, że Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka swego, nie unosi się pychą ani gniewem, nie pamięta złego i wszystko znosi. Ostatnie zaś jego słowa mówią, że miłość nigdy nie ustaje.

W momencie ślubu, bardzo chcieliby, aby tak właśnie było.

Ale, aby tak się stało, to trzeba w tym hymnie, pod słowo miłość podstawić swoje własne imię. To ja mam być cierpliwy, to ja mam być łaskawy, to ja mam nie unosić się pychą ani gniewem, to ja mam wszystko znosić i to ja mam nie pamiętać złego swej małżonce, czy swemu mężowi. Tylko wtedy ta miłość nigdy nie ustanie.

To konkretne wymagania które stawia miłość. To są cnoty, którymi musi napełniać się zarówno mąż jak i żona. To jest trud małżonków, by napełnili stągwie wodą. Pan Jezus w Kanie Galilejskiej nie pstryknął palcami i nie pojawiło się znikąd wino, czyli radość z miłości, której w którymś momencie tego wesela zabrakło. Kazał najpierw aby ludzie napełnili swoje stągwie wodą.

Małżeństwo to codzienne przynoszenie swoich stągwi z wodą, cierpliwości, łaskawości, wierności, pokory, łagodności, bycia niepamiętliwym i nie szukającym swego, przed Jezusa.

To On je przemienia w wino, czyli miłość, i sprawia, że ono nigdy się nie skończy i będzie najlepszego gatunku, jak kiedyś w Kanie.

Taką miłością kochali się Maryja i Józef, a Jezus był tym, który ich ze sobą najmocniej połączył.


Sakrament Namaszczenia Chorych

Sakrament Namaszczenia Chorych jest udzielany chorym w kościele (jeżeli tego pragną) lub w czasie odwiedzin duszpasterza z posługą Komunii św. Ta posługa odbywa się w formie zorganizowanej jeden raz w miesiącu w każdą I sobotę miesiąca. Dwa razy do roku, na wiosnę i w jesieni, jest Dzień Chorych połączony ze Mszą św. i udzielaniem Sakramentu Namaszczenia Chorych.

V NIEDZIELA ZWYKŁA – ROK A
SAKRAMENT NAMASZCZENIA CHORYCH”
PARAFIA PW. ŚW. ALEKSANDRA, 8 LUTEGO 2026r., WARSZAWA
KS. GRZEGORZ KALBARCZYK SAC

Dziel swój chleb z głodnym, do domu wprowadź biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziej i nie odwracaj się od współziomków – słyszeliśmy w pierwszym czytaniu.

Ale do tych Izajaszowych słów sam Chrystus dopowie jeszcze inne. Między innymi te: „Gdy do jakiegoś domu wejdziecie, uzdrawiajcie chorych, którzy tam są i mówcie im: przybliżyło się do was królestwo Boże”

A w miniony czwartek słyszeliśmy w ewangelii słowa świadectwa, mówiące o tym, że posłani przez Jezusa Apostołowie wyszli i wzywali do nawracania się. Wyrzucali też wiele złych duchów, a wielu chorych namaszczali olejem i uzdrawiali.

Człowiek to dusza i ciało. Jedno i drugie chce być zdrowe. Człowiek chce być zdrowy.

I dlatego Pan Jezus odpowiada na to pragnienie.

Chce uzdrawiać zarówno duszę, jak i ciało.

Stąd też ustanowił sakramenty, które Kościół nazywa sakramentami uzdrowienia. Są takie dwa.

Sakramentem uzdrowienia duszy jest sakrament pokuty.

Sakramentem uzdrowienia ciała jest sakrament namaszczenia chorych.

I w tym miejscu, na samym początku skorygować musimy pewien bardzo często napotykany błąd. Wielu bowiem nazywa ten sakrament: „ostatnim namaszczeniem”.

A z tego powodu intuicyjnie niektórzy zwlekają z przyjęciem tego sakramentu, albo z wezwaniem kapłana do chorego. Boją się, że przyjście księdza z olejami, to znak, że już nic nie da się zrobić, medycyna okazała się bezradna, że już nie ma szans na odzyskanie zdrowia.

Zostało już tylko namaścić i to raz ostatni, na ostatni oddech i ostatnią z oczu łzę.

Niektórzy nawet myślą, że skutkiem namaszczenia jest śmierć.

Ale nie ma tak lekko” – jak mówiła pewna schorowana ponad dziewięćdziesięcioletnia pani doktor, która modliła się, aby już odejść z tego świata. Bo gdyby tak było, że po przyjęciu sakramentu namaszczenia od razu odchodziłoby się do Pana, to księża nie nadążaliby z jego udzielaniem – mówiła. Iluż bowiem ludzi, jest tak zmęczonych swoim życiem, chorobami, niedołężnością starczego wieku, samotnością, którzy chcieliby już zakończyć ziemski bieg?

To prawda, że czasem może się tak zdarzyć, że po przyjęciu tego sakramentu, człowiek w niedługim czasie odejdzie z tego świata.

Ale nie jest to skutkiem tego sakramentu, bo on jest ustanowiony jako sakrament uzdrowienia, a nie śmierci. To sakrament ku życiu!

Zanim Chrystus zapali nam światło wiekuiste, najpierw chce – jak słyszeliśmy w dzisiejszej ewangelii – abyśmy sami stali się światłością świata i solą ziemi.

Niemniej jednak, prawdą jest również to, że sakrament ten przygotowuje człowieka na moment przejścia. Jakże niezwykłym szczęściem jest odejść z tego świata w stanie łaski uświęcającej, z otrzymanym darowaniem wszystkich kar, czyli odpustem zupełnym, na wypadek śmierci i jeszcze do tego przyjąć Wiatyk, czyli Komunię świętą na ostatnią drogę. Wszystko to bowiem jest udzielane w sakramencie namaszczenia chorych osobie, która znajduje się w niebezpieczeństwie śmierci. Jest to również realizacja jednej z dwunastu obietnic Pana Jezusa wobec tych, którzy praktykować będą tzw „dziewięć pierwszych piątków miesiąca”. Obietnica ta brzmi: „Nie umrą w stanie niełaski Mojej ani bez sakramentów świętych”.

Ale tego sakramentu udziela się nie tylko w sytuacjach zagrożenia życia.

Apostoł Jakub w biblijnym liście pisze tak: „Słyszeliście o wytrwałości Hioba i widzieliście końcową nagrodę za nią od Pana; bo Pan pełen jest litości i miłosierdzia(…) Choruje ktoś wśród was? Niech sprowadzi kapłanów Kościoła, by się modlili nad nim i namaścili go olejem w imię Pana. A modlitwa pełna wiary będzie dla chorego ratunkiem i Pan go podźwignie, a jeśliby popełnił grzechy, będą mu odpuszczone.”

Sam Chrystus zaś mówił na chwilę przed swoim wniebowstąpieniem: „Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, (…) Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie”.

Kościół zebrał w całość wszystkie te pouczenia, które otrzymał od Chrystusa i zawarł je w rycie tego sakramentu. I dlatego właśnie najważniejszymi gestami w trakcie jego sprawowania jest nałożenie rąk na chorego, namaszczenie go świętym olejem i modlitwa pełna wiary. Udziela się go, jak mówi św. Jakub, w celu podźwignięcia chorego, a nie w celu zgaszenia ledwo tlejącego się knotka, czy „dołamania nadłamanej trzciny”.

Kościół udziela go zawsze na wyraźną prośbę osoby chorej, lub osób, opiekujących się chorym.

I tu ważny apel właśnie do tych, którzy opiekują się chorymi. Nie zwlekajcie do ostatniej chwili z prośbą o udzielenie sakramentu osobie, która jest ciężko chora.

Ile razy już się tak zdarzyło, że kapłan nie zdążył dojechać i zabrakło kilku minut. Raczej bądźmy wszyscy, jak zatroskani ewangeliczni ludzie, którzy za wszelką cenę pragnęli przynieść sparaliżowanego człowieka do Jezusa i nawet dach rozebrali, aby spuścić go na noszach i by znalazł się najszybciej, jak tylko to możliwe, przed Boskim Lekarzem ciał i dusz ludzkich.

A zatem sakramentu namaszczenia udziela się osobom, których życie jest zagrożone z powodu choroby, lub podeszłego wieku, osobom zmagającym się z poważną chorobą, a także tym, których czeka operacja, jeśli jej przyczyną jest niebezpieczne schorzenie, oraz osobom u schyłku życia, których opuszczają siły i to nawet wtedy, gdy nie dokucza im żadna choroba.

Sakrament namaszczenia chorych nie jest ostatnim namaszczeniem także z tego powodu, iż jest to sakrament, który można przyjmować wielokrotnie.

A szczególnie jest to wskazane, gdy po jego przyjęciu chory wyzdrowiał, a później zachorował ponownie, lub gdy w czasie trwania tej samej choroby nastąpiło poważne pogorszenie stanu zdrowia.

Ponieważ sakrament namaszczenia dotyczy całego człowieka, a zatem jego duszy i ciała, przyjmujący go powinien być w stanie łaski uświęcającej. Dlatego, gdy chory jest jej pozbawiony, ale pozostaje świadomy i zdolny do mówienia, sakrament ten poprzedza się spowiedzią.

Gdy chory jest nieprzytomny, lub brak mu świadomości, lub nie jest w stanie się porozumiewać, wówczas samo namaszczenie chorych skutkuje także odpuszczeniem jego grzechów. Mówił o tym święty Jakub w słowach: „A jeśli chory popełnił grzechy, będą mu odpuszczone”.

Modlitwie pełnej wiary towarzyszy obrzęd namaszczenia świętym olejem czoła i dłoni chorego. Czoła, bo sakrament ten chce wzmocnić chorego w jego przeżywaniu cierpienia. Dłonie, bo są one symbolem ludzkiej aktywności, a sakrament chce przywrócić sprawność całemu ciału.

Sakrament namaszczenia chorych nie działa jednak automatycznie, sprawiając zawsze cud uzdrowienia. Choć wyjątkowo często takie cuda po namaszczeniu mają miejsce.

Najwięcej o nich mogą opowiedzieć kapelani szpitalni, którzy niemal codziennie są świadkami spektakularnych uzdrowień.

Mimo wszystko nie należy traktować tego sakramentu w sposób magiczny i dlatego zachęca się, aby nie zastępował on specjalistycznej pomocy medycznej.

Pierwszorzędnym celem namaszczenia jest zatem wzmocnienie chorego w dźwiganiu krzyża, podniesienie na duchu, a także umocnienie w walce z pokusami, które często wzmagają się w sytuacji choroby.

Przy tej okazji warto również wspomnieć o źródle cierpień i chorób.

Kościół bardzo jasno mówi, że nie jest nim Bóg.

Bóg nie ma woli, by ktokolwiek cierpiał.

Jego wola objawiła się w dziele stworzenia świata jako raju wolnego od cierpienia, oraz w dziele zbawienia, czyli wyzwolenia ludzkości z jarzma cierpień i śmierci.

Nie jest też prawdą, że choroba jest karą Bożą za grzechy.

Nigdzie nie znajdziemy w Ewangeliach, by Pan Jezus dotknął kogoś chorobą, by karał grzeszników cierpieniem.

Wręcz przeciwnie.

Jezus, który współdziała z Ojcem leczył wszelkie choroby wśród ludu. Dlatego przynoszono do Niego wszystkich dotkniętych rozmaitymi chorobami, przychodzili trędowaci, chromi, niewidomi, z uschniętymi rękoma, cierpiący na upływ krwi, pochyleni do ziemi, także ci, którzy chorowali duchowo i byli opętani, a On ich uzdrawiał.

Do człowieka sparaliżowanego, który przez 38 lat czekał na uzdrowienie przy sadzawce Betesda, a którego sam uzdrowił, powiedział jednak znamienne słowa: „Oto wyzdrowiałeś. Nie grzesz już więcej, aby ci się coś gorszego nie przydarzyło”.

Jezus nie mówi jednak, że choroba była karą za grzech, lecz konsekwencją jego złego postepowania. Iluż ludzi zmaga się z chorobami, które wprost wynikają z ich grzechów, choćby tych, które niszczyły ich zdrowie. Alkoholizm, narkomania, palenie tytoniu, ale także niezdrowe jedzenie, obżarstwo, albo te które są wynikiem bezmyślnego zachowania, albo brawury.

Bóg nigdy nie jest źródłem, ani autorem chorób.

Mało tego, prorok Izajasz mówi o Chrystusie, że to: „On wziął na siebie nasze słabości i nosił nasze choroby”.

Nie możemy też doszukiwać się woli Pana Boga w zaistnieniu choroby, gdy zaistniały obiektywne powody pojawienia się jej, a były to np. szkodliwe warunki pracy, czy długotrwałe doświadczenie stresu, przeżyte traumy, albo krzywdzące działanie ze strony innych osób.

Wiele chorób pojawia się także w związku ze starzeniem się naszego organizmu.

Nie ulega jednak wątpliwości, że niezależnie od przyczyny choroby, każda z nich może rodzić różne stany ducha i postawy moralne. Jednych choroba zbliża do Boga, sprawia, że w chorobie przeżywają przemianę serca, a innych zamyka na Boga.

Biblia, a szczególnie Księga Hioba mówi wprost, że autorem wszelkiego zła jest diabeł.

Często to jednak Bóg siedzi na ławie oskarżonych, a nigdy nie słychać oskarżeń i pretensji do diabła, który za nie odpowiada. „Śmierć weszła na świat przez zawiść diabła” – mówi starotestamentalna Księga Mądrości.

W przeżywaniu cierpienia ważne jest przyjęcie postawy wspomnianego Hioba, a która streszcza się w tym jednym zdaniu, które brzmi: „W tym wszystkim Hiob nie zgrzeszył, bo nie przypisał Bogu nieprawości”.

Często się zdarza, że po przyjęciu tego sakramentu stan zdrowia fizycznego nie ulega poprawie. Choć to nie Pan Bóg zesłał tę chorobę, to jednak sytuację tę chce wykorzystać do nawrócenia człowieka do siebie, a przez to ocalić go od znacznie groźniejszego cierpienia oraz śmierci wiecznej, czyli piekła.

Ale to nie jedyny powód braku poprawy zdrowia po namaszczeniu.

Czasem może to być zaproszenie człowieka chorującego do wyjątkowego rodzaju apostolstwa, którym jest ocalenie zatwardziałych grzeszników. Wielu świętych doświadczało chorób i Chrystus nie dał im łaski uzdrowienia. Chciał, by łączyli swój krzyż z Jego krzyżem i ofiarowywali swoje cierpienie w intencji ratowania dusz.

W Fatimie Matka Boża mówiła o tym bardzo wyraźnie. Ukazując dzieciom wizję piekła, mówiła, że bardzo dużo dusz ludzkich do niego trafia, a to z powodu tego, że nie ma komu za nich się modlić i ofiarowywać swoich cierpień.

Choroba jest okazją, aby to zrobić.

Dlatego możemy powiedzieć, że najważniejszym celem sakramentu namaszczenia chorych nie jest odrzucenie krzyża choroby, lecz dodanie siły do jego niesienia.

Za kilka dni, 11 lutego będziemy przeżywać wspomnienie Matki Bożej z Lourdes, którą nazywamy Uzdrowieniem Chorych.

Pamiętajmy w tym dniu szczególnie intensywnie o wszystkich cierpiących i wspomagajmy ich swoimi modlitwami w niesieniu krzyża.

Starajmy się być dla nich „dobrymi samarytanami” poprzez pomoc, troskę, pamięć i zwyczajną obecność, której najbardziej potrzebują.