Chrzest

„Ponad wodami głos Pański, Pan ponad wód bezmiarem!” – śpiewaliśmy w drugiej zwrotce psalmu. Ale ten Pan Wszechmocny nie pozostaje tylko „ponad wód bezmiarem”, lecz wchodzi w te wody, wchodzi – jak słyszeliśmy w Ewangelii – do rzeki Jordan. A nie była i nadal nie jest to rzeka czysta. To rzeka, której wody nie są przezroczyste, lecz mętne, zamulone i zwyczajnie brudne. Wchodzi w nurt rzeki, do której przed nim wchodzili najwięksi grzesznicy. Wierzyli, że w ten sposób obmyją się z grzechów i pozostawią w niej wszystkie swoje życiowe brudy.

Mało tego, wybrał Chrystus rzekę Jordan, która płynie w rowie, stanowiącym najgłębszą depresję geograficzną na świecie, czyli najniżej położony punkt na ziemi. Niżej zejść się już nie dało. I to wszystko jest niezwykle symboliczne. Bo oprócz tego, że Pan Jezus, wchodząc w tę rzekę, uniżył samego siebie, że stanął w kolejce do Jana Chrzciciela, tak jak każdy człowiek, solidaryzując się z nami, to choć był bez grzechu, wszedł w najgłębszą depresję, w największy brud, dotknął dna, gdzie panuje najgłębsza ciemność. Wyszedł z tej wody zapewne brudniejszy niż wszedł.

Po co to zrobił? Po pierwsze, aby swoją świętością tę wodę uświęcić i nadać jej moc uświęcania. Po drugie, mówimy często, że Pan Jezus wziął na siebie wszystkie nasze grzechy i z nimi poszedł na Kalwarię, by zgładzić je na Krzyżu. Może właśnie to był ten moment, kiedy zanurzył się w tym brudzie i wziął na siebie grzechy całego świata? A potem, gdy wisiał na krzyżu, z Jego przebitego boku wypłynęła Krew i Woda, nowe, przeczyste Źródło, do którego zaprosił wszystkich ludzi bez wyjątku. Bo jak słyszeliśmy w drugim czytaniu: „Bóg naprawdę nie ma względu na osoby”.

Od dwóch tysięcy lat, aż po dzień dzisiejszy obmywamy się nie w brudnym Jordanie, lecz w przeczystym źródle Wody Życia – w Sakramencie Chrztu Świętego. Przez dwa tysiące lat, obmyło się już w nim zapewne kilkanaście miliardów ludzi na ziemi. Także w tym kościele pw. Św. Aleksandra na Placu Trzech Krzyży, przez blisko dwieście lat przyjęło chrzest kilkadziesiąt tysięcy osób. Przypomina nam o tym ta stara granitowa chrzcielnica, ozdobiona mosiężną pokrywą z czasów świetności warszawskiej fabryki Norblina.

Od Sakramentu Chrztu wszystko się zaczyna. Zaczyna się nowe życie, zaczyna się wspólnota, zaczyna się droga ku Niebu, poprzez pozostałe sakramenty, dla których Chrzest jest bramą. Chodzi o to, aby przez tę bramę przejść, ale także przeprowadzić tych, których kochamy. Rodzice najbardziej kochają swoje dzieci i dlatego już na początku ich życia, wprowadzają ich na tę piękną drogę, wiodącą ku szczęściu.

Nie pozwólmy jednak, aby Chrzest stał się jedynie kościelnym wydarzeniem, uroczystością rodzinną, zapisaniem dziecka do Kościoła, albo nawet uciążliwym zwyczajem kulturowym, czy imprezą związaną z dużym wydatkiem. Dziecko ochrzczone? Ochrzczone. Tradycja podtrzymana? Podtrzymana. Było minęło… A właśnie chodzi o to, aby nie minęło! Bo w momencie Chrztu, staliśmy się właścicielami ogromnego skarbu, ale często zapominamy, że go posiadamy. To tak, jakbyśmy mieli potężne pieniądze na koncie, ale zapomnieliśmy, że je mamy i żyjemy dalej jak nędzarze.

A tymczasem chrzest jest prawdziwym skarbem, o którym trzeba nam pamiętać. Nie bez powodu, także w tym kościele, zaraz przy wejściu znajdują się kropielnice ze święconą wodą i robimy znak krzyża, przypominając sobie o tym. Otwórzmy zatem dzisiaj ten skarb i przyjrzyjmy się, co Bóg złożył w naszych sercach.

Po pierwsze, choć to dziwnie zabrzmi, chrzest jest pogrzebem. Święty Paweł w Liście do Rzymian napisał takie oto słowa: „Zatem przez chrzest zanurzający nas w śmierć, zostaliśmy razem z Chrystusem pogrzebani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie – jak Chrystus powstał z martwych dzięki chwale Ojca.” Chrzest to swoiste „ostatnie pożegnanie”. Pożegnanie życia, które nie posiadało celu i nie miało sensu. To ostatnie pożegnanie ze starym stylem życia i permanentnym wybieraniem grzechu, aby żyć w wolności dzieci Bożych.

To pożegnanie z tym wszystkim, co prowadzi do zła, aby nas grzech nie opanował. To wyrzeczenie się szatana i wszystkich jego spraw. To również ostatnie pożegnanie z samotnością, bo odtąd nieodłącznym Towarzyszem mojego życia staje się Bóg i to w Trzech Osobach oraz wszyscy Święci i Błogosławieni oraz Wspólnota Kościoła, do której zostajemy przyjęci. Sakrament Chrztu, to przejście przez wodę, tak, jak niegdyś Izraelici przeszli przez wody Morza Czerwonego. Przeszli, zostawiając za sobą niewolę i grożącą im śmierć, a równocześnie zmierzali ku wolności i szczęściu Ziemi Obiecanej.

Chrzest jest początkiem tej drogi. Skoro przeszliśmy już przez tę bramę, to starajmy się iść dalej, krocząc drogą pozostałych sakramentów, nie zatrzymujmy się na drodze wiary, a już absolutnie nie zawracajmy, jak chcieli to zrobić, idący przez pustynię Izraelici. Nie wracajmy do „ciemności Egipskich”, do grzesznego życia. Chrzest jest zatem „ostatnim pożegnaniem” z tym co złe, a równocześnie pierwszym powitaniem tego, co dobre i najcenniejsze.

Od Sakramentu Chrztu zaczyna się nowe życie. Życie, które ma sens, bo zyskało cel, którym jest Niebo. Znikają wtedy pytania, które pojawiają się z perspektywy cmentarza, gdy stoimy nad mogiłą. Znikają pytania o to, po co żyję, skoro mam umrzeć? Po co się trudzić, skoro wszystko rozpadnie się w proch? Jaki sens ma w takim razie ludzkie życie, skoro wszystko ostatecznie pokruszy się, albo zbutwieje? To właśnie dzięki Sakramentowi Chrztu można zobaczyć perspektywę o wiele dalszą niż grobowiec na cmentarzu. Zyskuje się perspektywę życia wiecznego i szczęścia bez końca.

Drugim skarbem tego sakramentu jest dar usynowienia! Choć wszyscy ludzie na ziemi są dziećmi Boga, to jednak w tym sakramencie Bóg dokonuje ze swej strony pełnej adopcji każdego z nas. Bóg – Stwórca całego wszechświata traktuje mnie jak swoje dziecko, a nie jak obcego. Nie jestem już tylko dziełem Jego rąk, lecz Jego synem lub córką. Moje losy nie są Mu obojętne. Nigdy o mnie nie zapomni. „Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nigdy nie zapomnę o tobie!” – mówi Bóg przez proroka Izajasza.

Bóg jest moim Ojcem! Mój Ojciec rządzi światem! A moje losy są w Jego ręku! W sakramencie Chrztu człowiek zostaje ofiarowany Bogu, oddany pod Jego ojcowską opiekę. Odtąd wychowuje mnie, troszczy się o mnie, czasem jak mądry ojciec karci, czasem nagradza, ale zawsze stoi po mojej stronie, a nie przeciwko mnie. Nie po to umarł w swoim Synu na krzyżu zamiast mnie, aby mnie teraz porzucić! Bóg kocha nas bezgranicznie, co udowodnił na Kalwarii. Dziecko ufa temu, kto go kocha! I to jest nasze zadanie. Jesteśmy dziećmi i takimi mamy pozostać w stosunku do Boga. Bo jeśli nie będziemy stawać się jak dziecko – mówił Pan Jezus – nie wejdziemy do Królestwa Niebieskiego. Bo tylko dziecko zdoła wejść przez „ciasne drzwi”.

Kolejnym skarbem naszego chrztu, jest namaszczenie każdego z nas na szczycie głowy olejem Krzyżma Świętego. Każdy, kto zna trochę historii, ten wie, że nie wszystkich namaszczało się w ten sposób. To jest przywilej. Takie namaszczenie jest zarezerwowane jedynie dla trzech: dla kogoś, kto zostawał w tym momencie królem, albo kapłanem, albo prorokiem. W sakramencie Chrztu, każdy z nas otrzymał wszystkie te godności w jednej chwili.

Kto z nas przeżywa swoją codzienność ze świadomością tego, że jest królem, kapłanem i prorokiem? Musimy przywrócić w sobie tę świadomość. To jest nasza tożsamość i godność! Iluż ludzi dzisiaj myśli o sobie źle! Że jest nic nie wart, że jest beznadziejny, nic nieznaczący! A przez to żyje w wycofaniu, w smutku i z niskim poczuciem swojej wartości! Iluż jest też takich, którzy zapominając o godności, którą już posiadają, szuka sposobów na dowartościowywanie się i to często poprzez posiadanie pieniędzy, przedmiotów, tytułów, znajomości, czy pozycji w społeczeństwie? Czyż to nie jest gonitwa za czymś, co jest o wiele mniejsze niż to, co już mamy? Czyż to nie jest w jakimś sensie upokarzanie samego siebie? Przecież jestem namaszczony na króla! Jestem dziedzicem Królestwa!

Jesteśmy też namaszczeni na kapłanów. I to dotyczy nie tylko tych wyświęconych w katedrze, ale każdego, kto przyjął chrzest. A skoro każdy z nas jest kapłanem, to znaczy, że naszym powołaniem jest czynić w codzienności rzeczy święte, a w czasie liturgii – najświętsze. Święte, czyli takie, które są na chwałę Bożą. A oddawanie chwały Bożej to nic innego jak czyn miłości. A zatem wszystko to, co nieświęte, a grzeszne, co sprzeciwia się miłości, nie powinno być moim dziełem.

Gdy przetłumaczymy słowo „Liturgia” to zobaczymy, że oznacza ono „wspólne działanie”. Na czym ono polega? Polega ono na budowaniu mostów między niebem, a ziemią i między sobą nawzajem, na budowaniu wspólnoty. To realizacja pragnienia Pana Jezusa, który mówił: „Abyście byli jedno, jak Ja z Ojcem stanowimy jedno”. To właśnie dlatego każdy papież nazywany jest mianem „Pontifex Maximus”, co się tłumaczy: „Najwyższy Budowniczy Mostów”. Każdy z nas, pod jego przewodnictwem, ma czynić to samo – budować mosty.

Wzywanie wszystkich chrześcijan na liturgię, na Mszę świętą w niedzielę i święta, to nic innego, jak wzywanie do wypełniania tej kapłańskiej misji budowania naszej jedności z Bogiem. Oprócz liturgii to także modlitwa. Dlatego ciągle Pan Jezus, a dziś Kościół, jak katarynka powtarza o konieczności głębokiej modlitwy każdego z nas. Budujmy mosty z Bogiem przez uczestnictwo w Liturgii i osobistą modlitwę! Budowanie mostów, to także budowanie jedności z drugim człowiekiem. Dlatego chrześcijanie nazywają siebie braćmi i siostrami, a nie obcymi panami i paniami. Po wielokroć Pan Jezus wzywał też nas do przebaczania swoim winowajcom. A czymże jest przebaczenie, jeśli nie naprawą zerwanego mostu porozumienia między ludźmi?

Jesteśmy też namaszczeni na proroków. Prorok to nie „przepowiadacz przyszłości” i nie jasnowidz, choć powinien widzieć jasno, bo odczytywać rzeczywistość w świetle słowa Bożego. Prorok to głos Boga w świecie. Czy nim jestem? Chrzest wzywa nas do dawania świadectwa o Bogu i Jego Radosnej Nowinie. Zapytajmy się siebie, czy wypełniamy tę misję. Czy jako prorocy nie milczymy? Czy z obawy przed ludzkimi opiniami, nie zamknęliśmy swoich ust?

Zobaczmy! Czy Pan Bóg pojawia się w naszych rozmowach z innymi? Czy imię Jezusa, odwołania do Niego, pojawiają się w naszych dyskusjach przy stole? Czy nasza wiara nie jest tylko „kościółkowa” albo „zakrystyjna”? Strach jest największym zagrożeniem dla głoszenia Ewangelii. Czy nie jesteśmy niemymi prorokami nawet w naszych domach? Dziś wielu rodziców i dziadków płacze nad swoimi dziećmi i wnukami, że są niewierzący, że przestali chodzić do kościoła, chociaż ich ochrzcili i doprowadzili do pierwszej Komunii Świętej. Ale to było dopiero zasianiem w nich ziarna wiary. Ono nie wykiełkuje, gdy się go nie pielęgnuje i nie chroni. Jeśli imię Jezus nie pada z naszych ust w codziennych rozmowach, to zasiane w sakramentach ziarno, pozostaje niepodlane i usycha. Świeca chrzcielna paliła się jedynie w kościele. Potem nie podtrzymywano jej płomienia i zgasła.

Czyż przez nasze milczenie i nieprzyznawanie się do wiary w Boga, sami nie wywołujemy wrażenia, że przyznać się to obciach? „Jesteście solą ziemi i światłem świata. Ale jeśli sól utraci swój smak, to czymże ją posolić?” – pytał retorycznie Chrystus. Żadnemu prorokowi nie było lekko. Byli prześladowani. Sam Jezus zapowiada nam, że będziemy w nienawiści u wszystkich z powodu Jego Imienia. Ale zbawionym będzie ten, kto wytrwa do końca. Kto przyzna się do Jezusa przed ludźmi!

I na koniec jeszcze jedno… Pan Jezus pytał się kiedyś: „Czy goście weselni mogą się smucić dopóki pan młody jest z nimi?” To On jest „Panem Młodym”. W momencie chrztu otrzymaliśmy białą szatę. To nic innego jak suknia panny młodej. Dusza każdego z nas jest oblubienicą tego Oblubieńca i ma być Jemu wierna i dla Niego czysta. Jestem kochany przez Niego, a przez Chrzest jestem Jemu zaślubiony. Ale biała szata lubi się brudzić. O tym, że mamy dbać o biel, czyli czystość naszej białej szaty, czyli naszej duszy, też nie wolno nam nigdy zapomnieć. Konfesjonał jest jak Boża Pralnia!

Sakrament Chrztu to wielki skarb. Dzięki niemu jestem dzieckiem Bożym, królem, kapłanem, prorokiem, a moja dusza, ukochaną oblubienicą Chrystusa. I w tym kryje się również odpowiedź na częste dziś zarzuty wobec chrzczenia małych dzieci. Bo który kochający rodzic, wiedząc o takich skarbach ukrytych w Sakramencie Chrztu, zwleka i zastanawia się, czy dać je swoim ukochanym dzieciom?

Chrystus miał świadomość tego, kim jest. Wiedział, że jest Bogiem, miał świadomość tego, że jest Królem, Prorokiem i Najwyższym Kapłanem. Nie zagłuszyły tego wydarzenia z Jego życia. Ani drzwi zamknięte przed Nim w Betlejem, ani brudne wody Jordanu, w które wszedł, ani męka i śmierć na Kalwarii i ciemny grobowiec, w którym złożono Jego Ciało.

Niech i w nas zawsze trwa świadomość tego, kim jesteśmy na mocy chrztu. Niech żadne trudne życiowe wydarzenia nie zasłonią nam tej prawdy, że jesteśmy dziećmi Boga, namaszczonymi na królów, kapłanów i proroków. Odziani w białe szaty Nieba. Obyśmy żyli tak, by Bóg mógł o każdym z nas powiedzieć: „To jest moje dziecko umiłowane, w którym mam upodobanie”.

ks. GRZEGORZ KALBARCZYK SAC