Sakrament Małżeństwa

„Słowo Chrystusa niech w was mieszka w całym swym bogactwie” – słyszeliśmy w drugim czytaniu. Tym Słowem jest sam Chrystus, a bogactwem są jego sakramenty, przez które chce nas upodabniać do Siebie – świętego i nieśmiertelnego. Od dwóch tysięcy lat to Słowo pragnie zamieszkać z całym swym bogactwem w sercach ludzkich na całym świecie. Od niemal dwustu, rozbrzmiewa w tym niezwykłym warszawskim kościele pw. św. Aleksandra na Placu Trzech Krzyży.

Zamieszkał w nim sam Chrystus, po to, aby każdy, kto tylko pragnie, mógł przyjść i dostąpić uzdrowienia, odpuszczenia grzechów, pokrzepienia, uświęcenia i mocy Jego błogosławieństwa. Mieszka w tej świątyni nieustannie i daje się dotknąć. Sakramenty święte – siedem sposobów, aby dotknąć Chrystusa. Iluż ludzi starało się Go dotknąć, gdy chodził po palestyńskiej ziemi? Daje się dotknąć także w sercu Warszawy, na Placu Trzech Krzyży.

A wszystko zaczęło się właśnie od krzyża. Na Krzyżu bowiem z Jego przebitego Serca wypłynęła Krew i Woda i stąd wzięły swój początek Sakramenty Kościoła. Jakże to niezwykle symboliczne, że na Placu Trzech Krzyży stoi ta świątynia, okrągła jak studnia, z której możemy zaczerpnąć tej życiodajnej Krwi i Wody. I jakże to symboliczne, że swój początek ma tutaj ulica Nowy Świat! Sakramenty są, z całą pewnością, drogą ku Nowemu Światu, ku pięknemu życiu, ku szczęśliwości Nieba. A swój początek mają właśnie w krzyżu – w znaku Miłości Boga do człowieka.

Ta świątynia powstała właśnie dla Chrystusa i dla człowieka. Zbliża się wielkimi krokami wielki jubileusz 200-lecia konsekracji tego kościoła. Dlatego, począwszy od dzisiejszej niedzieli, w ramach przygotowań do uczczenia tej rocznicy, przez jedną niedzielę w miesiącu, przybliżać będziemy znaczenie Sakramentów, dla których ten kościół powstał. A wszystko po to, aby z wiarą, a zatem skutecznie móc dotknąć się Lekarza Dusz i Ciał, Dawcy Życia, – Chrystusa Pana!

Wielu ludzi cisnęło się do Jezusa i wielu Go dotykało, ale tylko ten, kto zrobił to z wiarą, jak ewangeliczna kobieta cierpiąca na krwotok, doznawało uzdrowienia. Trudno będzie zrobić to temu, kto odczytuje rzeczywistość jednowymiarowo, technicznie, jako płaski obraz. Jeśli tylko z powodu niedzielnego obowiązku, czy świątecznej zasady, tutaj przyjdzie. Potrzeba wiary, czyli umiejętności widzenia tego, co ukryte, tego, co głębokie, tego, co jest treścią.

To tak, jak było z miedzianym wężem na pustyni. Tylko spojrzenie na niego z wiarą skutkowało uratowaniem życia. Ci, którzy patrzyli na niego jednowymiarowo i widzieli jedynie jakąś figurkę węża z połyskującej miedzi, zawieszoną na palu i nic poza tym, nie skorzystali z szansy, by ocalić życie. Chodzi o to, aby dostrzec i uwierzyć w to, czego nie widzą nasze zmysły, a jest zawarte w sakramentach.

Matce, która przytula swoje dziecko, nie chodzi o to, aby przekazać mu jedynie swój dotyk, ale przez ten znak przytulenia, chce przekazać swemu dziecku swoją miłość. Prosty znak przytulenia, a niesie za sobą głęboką treść, wykraczając poza to, co się widzi oczami. I podobnie jest z nami i naszym patrzeniem na sakramenty. Bo sakramenty choć są zewnętrznymi znakami, widzialnym rytuałem, słyszalnymi słowami, podniosłą ceremonią, to jednak są one nośnikiem czegoś niewidzialnego i o wiele głębszego – łaski Boga, który uświęca człowieka i prowadzi go do szczęścia bez końca.

Sakramenty są zatem odpowiedzią na pragnienia duszy. A pragnieniem duszy każdego z nas, jest pragnienie nieśmiertelnego szczęśliwego istnienia, czyli Nieba. „Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie” – mówi Chrystus. Zbawić nas może jedynie On. W jaki sposób? Właśnie przez sakramenty. To jest właśnie droga, która prowadzi w ten „nowy świat”.

Dziś Święto Świętej Rodziny. Przyjrzyjmy się zatem Sakramentowi Małżeństwa. Spróbujmy odkryć ukryte duchowe znaczenie tego daru. Wszystko zaczęło się przy stworzeniu świata, kiedy Bóg powiedział słowa: „Nie jest dobrze, aby mężczyzna był sam”. I uczynił Bóg niewiastę i postawił ją obok mężczyzny. Uczynił ją z żebra, jak mówi Księga Rodzaju. Dlaczego właśnie z żebra? Bo żebro jest najbliżej serca. Bo żebra chronią serce. I to jest bardzo symboliczne. Tworząc związek kobiety i mężczyzny, Bóg chciał, aby był to związek oparty na miłości i aby jedno chroniło serce drugiego.

Sakrament Małżeństwa jest niezwykły. To jedyny Sakrament, którego nie udziela ksiądz. Ksiądz tylko w imieniu Chrystusa potwierdza i błogosławi. Ten sakrament sprawują sami narzeczeni stając naprzeciw siebie, wypowiadając słowa przysięgi, która mówi o tym, że samych siebie składają w ofierze drugiej osobie. I takie ma być całe ich życie – składaniem daru z siebie. Choć wprost słowa przysięgi tak nie brzmią, to jednak w swej ukrytej głębi, którą musimy odkryć, narzeczony mówi niejako przyszłej żonie: „Bierz i jedz, to jest ciało moje, bierz i pij, to jest krew moja.” Zaraz po narzeczonym odpowiada tym samym narzeczona. To symbol komunii między małżonkami. Jakby odbicie tego, co słyszymy na każdej Eucharystii – Komunii Boga z nami, gdzie Bóg daje nam siebie.

Odkrywając dalej ukrytą pod słowami, gestami i znakami treść sakramentu małżeństwa, spójrzmy na gest złączonych w tym momencie dłoni narzeczonych. Dwie dłonie przewiązane kapłańską stułą. Ukrytym sensem tego znaku jest to, że trzeba zobaczyć w tej stule jakby trzecią rękę. To ręka Chrystusa, która wiąże dłonie narzeczonych. W ten sposób Chrystus sam zobowiązuje się do tego, że będzie ich ze sobą spajać, że będzie dawał im siłę do bycia razem w zdrowiu i chorobie, w dobrej i złej doli, dopóki śmierć ich nie rozłączy. Jakby chciał w ten sposób powiedzieć: „Jak długo będzie się trzymać Mojej dłoni, jak długo będziecie trzymać się Mnie, tak długo nie rozpadniecie się i będziecie jednością. Bo Ja jestem źródłem miłości.

I to jest właśnie poziom sakramentalny małżeństwa. To dawanie miłości, którą czerpie się od Chrystusa. Ciekawe są badania na temat trwałości małżeństw. Pokazują one, że najwięcej rozpada się związków niesakramentalnych. Dużo mniej rozwodów zdarza się w małżeństwach po kościelnym ślubie. Jeszcze mniej, gdy małżonkowie razem chodzą na Eucharystię. A niemal w ogóle nie ma rozwodów tam, gdzie małżonkowie codziennie razem się modlą. Bo żeby mieć siłę, do kochania, trzeba najpierw tej miłości zaczerpnąć ze Źródła, którym jest Chrystus.

Wielu ludzi dzisiaj zupełnie nie rozumie tego. Po ceremonii ślubnej szybko puszczają się dłoni Chrystusa, a tym samym odłączają się od źródła, które daje moc do kochania. Wielu ludzi redukuje też znaczenie bycia razem i samej miłości. Jedni do zjednoczenia cielesnego, inni do przyjaźni, albo partnerstwa. Miłość na poziomie sexu to patrzenie na osobę, jak na przedmiot pożądania. Ponieważ taka miłość troszczy się jedynie o własne zadowolenie, szybko zmienia się w nienawiść, gdy nie zostanie zaspokojona.

Miłość na poziomie przyjaźni potrafi dostrzec wartość drugiej osoby. Potrafi pokochać kogoś za to, że jest dobrym człowiekiem, za to co robi, za to, co tworzy, albo za wspólny światopogląd, czy zainteresowania. Ona zawsze liczy jednak na odwzajemnienie. To taki rodzaj niepisanej transakcji i kontraktu. Ja tobie, a ty mi. Najwyższy poziom miłości to miłość sakramentalna. Miłość, która kocha, nie licząc na wzajemność. Kocha drugiego człowieka nie ze względu na jego atrakcyjność, czy talent, nie ze względu na sympatie do niego, ale kocha tę osobę ze względu na Boga. Druga osoba jest jej dana, aby się dzięki niej uświęcać i aby jej pomóc w uświęceniu.

Wzorem tej miłości jest miłość Chrystusa do Kościoła, czyli nas wszystkich. Pan Jezus wielokrotnie sam nazywał siebie Panem Młodym, a nas, swoją Oblubienicą. Nie kocha nas miłością seksualną, ani miłością jedynie przyjacielską. Nie kocha nas za coś, ale kocha pomimo. Pomimo naszych grzechów, pomimo naszych braków, pomimo naszych błędów i tego, że nie jesteśmy takimi, jakimi chciałby nas mieć. Kocha nas miłością wierną, pomimo tego, że wiele robimy, aby nas przestał kochać. Bo trudno nas kochać. Ale On to robi, pomimo tego, że my zupełnie na jego miłość nie zasługujemy.

Mimo wszystko pragnie dla nas szczęścia. I to właśnie szczęścia wiecznego, a nie chwilowego. I tak samo powinno być w małżeństwie. Dlatego Pan Jezus czasem nami potrząśnie, czasem uwije bicz ze sznurów i powywraca nam wszystkie stoły, jak kiedyś zrobił to w świątyni. Czasem, gdy jesteśmy nieurodzajnym figowcem, każe okopać nas, czyli przewrócić do „góry nogami” ziemię, w której żyjemy, życie w którym zapuściliśmy korzenie i każe obłożyć nas cuchnącym nawozem. I to wszystko też jest wyrazem Jego miłości do nas. Bo miłość to nie miłe słówka. To nie tylko uśmiechanie się do siebie. To nie jedynie przytulanie albo spędzanie ze sobą czasu. Miłość to zrobienie wszystkiego, aby ta druga osoba żyła, żeby owocowała i żeby kiedyś żyła życiem wiecznym, życiem szczęśliwym.

A zatem małżeństwo sakramentalne jest wzajemnym prowadzeniem się małżonków do Dawcy Życia, do Chrystusa. I to jest cel każdego chrześcijańskiego małżeństwa. Gdyby wszyscy zrozumieli czym jest prawdziwa miłość i po co jest ten sakrament, nie byłoby ani jednego rozwodu, ani jednej rozbitej rodziny, ani jednej łzy na policzku najbardziej pokrzywdzonych wtedy dzieci. A dowiedziono to już dawno temu, że dzieci szczęśliwe są wcale nie dzięki temu, że są rozpieszczane i dostają wszystko, co chcą, ale najbardziej są szczęśliwe, gdy widzą, jak tata kocha mamę i jak mama kocha tatę.

Dzieci to drugi cel sakramentalnego małżeństwa. Bo Bóg kocha życie. Dlatego chce je w nieskończoność pomnażać. A ponieważ Bóg to Miłość, więc można powiedzieć, że prawdziwa miłość kocha życie i dlatego chce je zrodzić. Biblia wielokrotnie mówi o tym, że dar potomstwa jest oznaką Bożego błogosławieństwa. Żydzi rozumieli to tak, że dzieci są w jakimś sensie przedłużeniem życia rodziców. Rodzice kiedyś umrą, ale w jakimś stopniu będą trwali w swoim potomstwie dalej. Nie tylko w biologicznym przekazie kodu genetycznego, ale także w ich pamięci, wspomnieniach i podobieństwie po nich odziedziczonym. I choć nie jest to jeszcze życie wieczne, to z całą pewnością dzięki dzieciom następuje jakieś przedłużenie życia.

Szkoda, że wielu dziś rezygnuje z daru potomstwa, z owocu swojej miłości. Niż demograficzny to rzeczywistość niestety bliższa śmierci niż życiu. Coraz więcej ludzi decyduje się też na bycie ze sobą w oderwaniu od sakramentalnego źródła i to nie mając przeszkód, aby z niego czerpać. Decyzja o sakramencie małżeństwa wiąże na całe życie. I tego wielu się boi. Bo sakrament małżeństwa to przysięga. To potwierdzenie przed wszystkimi, że jestem pewien swojej miłości i nie wyobrażam sobie, abyśmy mogli się kiedykolwiek rozejść w przeciwnych kierunkach. Wolne związki, życie na tzw. „kocią łapę”, czy związki partnerskie są dowodem na to, że tej pewności się nie ma. Że moja miłość jest niepewna. Że w razie czego nic nas nie wiąże, bo nie jesteśmy związani sakramentalnym węzłem. Łatwiejsze będzie wtedy rozejście się „każdy w swoją stronę”.

Tymczasem prawdziwa „miłość nigdy nie ustaje”, jak pisał święty Paweł w słynnym Hymnie. Wiele par wybiera właśnie ten Hymn na uroczystość swojego ślubu. I słyszą w nim słowa o tym, że Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka swego, nie unosi się pychą ani gniewem, nie pamięta złego i wszystko znosi. Ostatnie zaś jego słowa mówią, że miłość nigdy nie ustaje. W momencie ślubu, bardzo chcieliby, aby tak właśnie było. Ale, aby tak się stało, to trzeba w tym hymnie, pod słowo miłość podstawić swoje własne imię. To ja mam być cierpliwy, to ja mam być łaskawy, to ja mam nie unosić się pychą ani gniewem, to ja mam wszystko znosić i to ja mam nie pamiętać złego swej małżonce, czy swemu mężowi. Tylko wtedy ta miłość nigdy nie ustanie.

To konkretne wymagania które stawia miłość. To są cnoty, którymi musi napełniać się zarówno mąż jak i żona. To jest trud małżonków, by napełnili stągwie wodą. Pan Jezus w Kanie Galilejskiej nie pstryknął palcami i nie pojawiło się znikąd wino, czyli radość z miłości, której w którymś momencie tego wesela zabrakło. Kazał najpierw aby ludzie napełnili swoje stągwie wodą. Małżeństwo to codzienne przynoszenie swoich stągwi z wodą, cierpliwości, łaskawości, wierności, pokory, łagodności, bycia niepamiętliwym i nie szukającym swego, przed Jezusa. To On je przemienia w wino, czyli miłość, i sprawia, że ono nigdy się nie skończy i będzie najlepszego gatunku, jak kiedyś w Kanie. Taką miłością kochali się Maryja i Józef, a Jezus był tym, który ich ze sobą najmocniej połączył.

ks. GRZEGORZ KALBARCZYK SAC