Dzisiejsze pierwsze czytanie przeniosło nas na pustynię, przez którą Bóg prowadził Naród Wybrany z niewoli egipskiej do wolności ziemi obiecanej. Ale jak słyszeliśmy, pomimo niezliczonej liczby cudów, które były dowodami miłości Boga do Izraelitów, ten lud ciągle się buntował, ciągle domagał się nowych znaków, ciągle Bogu nie ufał i ciągle grzeszył. Pomimo tego Pan Bóg był niezwykle do nich cierpliwy i wytrwały w swojej miłości.
Ta prastara historia dzieje się i dziś. Tak, jak Izraelici ciągle szemrali przeciw Bogu, ciągle upadali w grzechy, byli Bogu nieposłuszni, tak jest i z nami. Ciągle wybieramy niebezpieczne drogi, szerokie furtki, szukamy łatwego szczęścia i zamiast przechodzić przez ciasną bramę i iść prostą drogą ku Niebu, błądzimy po „pustyniach” naszego życia. Ale Pan Bóg, podobnie jak przed wiekami, nic nie stracił ze swej cierpliwości, nie męczy się przebaczaniem i nie ma limitów w okazywaniu nam miłosierdzia.
Święty Paweł napisał, jak słyszeliśmy w drugim czytaniu: „Bóg okazuje nam swoją miłość właśnie przez to, że Chrystus umarł za nas, gdy byliśmy jeszcze grzesznikami”. I to jest święta prawda, bo Jezus nie umierał za prawych i dobrych, ani w momencie masowych nawróceń, ale wtedy, gdy wszyscy Mu złorzeczyli, albo się Jego wyparli i opuścili. Umarł na krzyżu zamiast nas. To nie On zasłużył na śmierć, lecz my.
Dosyć często spotkać możemy pytanie, dlaczego Bóg Ojciec nie oszczędził własnego Syna, ale wybrał właśnie tak okrutny sposób, aby odkupić ludzkość. Warto zatem to teraz wyjaśnić. Po pierwsze Bóg zawsze przemawia przez słowa i wydarzenia w taki sposób, aby ludzie Go zrozumieli. A zatem, gdy nadszedł czas, aby dokonać dzieła odkupienia ludzkości, a było to niemal dwa tysiące lat temu, dokonał tego w sposób bardzo jasny i czytelny dla ówczesnych ludzi.
Ówcześni mieli świadomość tego, że karą za grzech jest śmierć. Takie prawo zapisane było w świętych pismach w wielu miejscach. Wiedzieli, że każdy, kto popełnia grzech dopuszcza się obrażania wszechmocnego Boga. „Czymże ja jestem przed Twoim obliczem? Prochem i niczym”. A zatem człowiek, ten „proch i nic” ośmiela się obrażać Stwórcę nieba i ziemi? W Prawie Mojżesza jasne było, że w takim razie taki człowiek winny jest śmierci. Ale ponieważ każdy człowiek grzeszy, czyli obraża Pana Boga, to stąd wniosek, że każdy powinien za karę umrzeć.
Naród Izraelski wybrnął z tej „pułapki śmierci” w taki sposób, że zaczął składać ofiary Bogu ze zwierząt, które wcześniej zabijał. Były to tzw. ofiary zastępcze. Zamiast grzesznika, zabijano najczęściej baranka. Krew przelana? Przelana. Życie stracone? Stracone. Rachunek się zgadzał. Składaniu tych ofiar nie było końca, bo grzechom nie było końca. Ale Panu Bogu nie podobały się te ofiary. Wcale ich nie potrzebował.
Przez proroka Izajasza Bóg w którymś momencie powiedział nawet: „Co mi po mnóstwie waszych ofiar? Syt jestem całopalenia kozłów i łoju tłustych cielców. Krew wołów i baranów, i kozłów mi obrzydła. Gdy przychodzicie, by stanąć przede Mną, kto tego żądał od was? (…) Przestańcie składania czczych ofiar! Obrzydłe Mi jest wznoszenie dymu; (…) Ręce wasze pełne są krwi.” Ale Izraelici nie wzięli sobie tych słów do serca i nadal zabijali baranki w Świątyni, wierząc, że w ten sposób czynią zadość słowom, które mówiły, że „karą za grzech jest śmierć.”
A zatem, aby skończyć z zabijaniem baranków, postanowił Bóg złożyć raz na zawsze jedną ofiarę za grzechy całego świata. Musiała to być zatem ofiara doskonała. Doskonały baranek. Taka ofiara, która przekona wszystkich, że więcej już innych nie potrzeba. Doskonały jest tylko Bóg. A zatem On sam postanowił złożyć siebie w ofierze. Dlatego, jak wyznajemy w „Credo” zstąpił z nieba i przyjął ludzkie ciało. Bóg ofiarował siebie w swoim Synu. Bo Ojciec i Syn stanowią Jedno. „Ja i Ojciec, jedno jesteśmy, mówił Pan Jezus” „Ja życie moje oddaję, aby je [potem] znów odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać”. (J 10,17-18)
„Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata!” – wołał św. Jan Chrzciciel, wskazując na Jezusa. A ponieważ Bóg lubi „piec wiele pieczeni na jednym ogniu”, więc złożenie siebie samego w ofierze za grzeszników, było dowodem nie do obalenia, że Bóg kocha ludzi, jak nikt inny. Bo czy istnieje jakiś większy dowód na miłość, niż oddać życie za kogoś? Odtąd krzyż stał się znakiem miłości Boga do człowieka. Aby więcej nie składano już ofiar z baranków, Bóg posłużył się wydarzeniami politycznymi i dopuścił do zniszczenia Świątyni w Jerozolimie, i do dnia dzisiejszego Żydzi nie są w stanie jej odbudować. Stoi w tym miejscu od wielu wieków meczet. Żydom zaś, którzy nie przyjęli miłości Chrystusa, bo nie rozpoznali w Nim zapowiadanego Mesjasza, pozostała jedynie ściana płaczu.
Jezus umarł na krzyżu zamiast nas – Baranek Boży, zaprowadzony na rzeź. Sam stał się ofiarą zastępczą. Zastąpił nas. Tak właśnie dokonało się nasze odkupienie. I to było bardzo czytelne dla ówczesnych. Nam, żyjących w zupełnie innych czasach, w innej kulturze i mentalności i z inną wrażliwością, może wydawać się to okrutne, ale dla nich było to przekonujące i zrozumiałe. W ten sposób Bóg odkupił całą ludzkość i zaprosił do miłosnej relacji ze sobą, jako nasz Zbawiciel.
Bóg jednak zawsze szanuje wolność człowieka. Dlatego nie zmusza ani do przyjęcia daru odkupienia, ani tym bardziej do miłości. „Kładę przed Tobą życie i śmierć, szczęście i nieszczęście. Wybieraj!” Skorzysta zatem z daru odkupienia ten, kto będzie chciał. Kto przyjdzie do Jezusa i opłucze swoją białą szatę w Jego Krwi przelanej na krzyżu. Mówi o tym bardzo jasno Apokalipsa: „A oto wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojący przed tronem i przed Barankiem. Odziani są w białe szaty, a w ręku ich palmy. (…)«Ci przyodziani w białe szaty kim są i skąd przybyli?»(…) «To ci, którzy przychodzą z wielkiego ucisku i opłukali swe szaty, i w krwi Baranka je wybielili. Dlatego są przed tronem Boga i w Jego świątyni cześć Mu oddają we dnie i w nocy. A Zasiadający na tronie rozciągnie namiot nad nimi. Nie będą już łaknąć ani nie będą już pragnąć, i nie porazi ich słońce ani żaden upał, bo paść ich będzie Baranek, który jest pośrodku tronu, i poprowadzi ich do źródeł wód życia: i każdą łzę otrze Bóg z ich oczu”.
To obraz zbawionych, czyli tych, którzy będą w niebie. Każdy z nas otrzymał na chrzcie świętym białą szatę. Biała szata to nasza czysta dusza. Zbawionymi są ci, którzy tę szatę opłukali z brudu grzechów we Krwi Baranka. Konfesjonał – Boża pralnia dla naszych białych szat. Ta szata jest jak suknia panny młodej. A naszym Oblubieńcem jest Baranek – Chrystus Pan! To dlatego właśnie my, czyli Kościół nazwani zostaliśmy Jego Oblubienicą. Białe lubi się jednak brudzić, a nawet brudzi się wyjątkowo łatwo i szybko. Dlatego trzeba korzystać z Bożej Pralni – czyli z Sakramentu Pokuty.
Jest taka przypowieść Pana Jezusa o zaproszonych na ucztę, którzy się wymówili i nie chcieli przyjść. To była mowa o Żydach, którzy nie chcieli stać się „Panną Młodą”, „Oblubienicą Chrystusa” i odrzucili Jego zaproszenie, by stać się Kościołem. Wtedy Pan zaprosił wszystkich pozostałych, a zatem ówczesnych pogan. Ale znalazł się na tej uczcie człowiek, nie ubrany w strój weselny, czyli nie miał czystej białej szaty i został wyrzucony z wesela. Zapewne stało się tak dlatego, że znalazł się na nim w chwili niespodziewanej i był nieprzygotowany. Chwila odejścia z tego świata, jest przejściem albo na ucztę w niebie, albo gdy będziemy w szacie zbrukanej grzechem, tam gdzie jest „płacz i zgrzytanie zębami” – jak mówił Pan Jezus.
Często tej chwili się nie spodziewamy, a zatem nieustannie musimy być gotowi, czyli mieć czystą duszę – naszą białą szatę. Przykazanie kościelne mówi co prawda o obowiązku spowiedzi przynajmniej raz w roku i to w czasie wielkanocnym, ale tak naprawdę, gdy się zastanowimy, czy można chodzić przez cały rok w brudnym ubraniu? Albo czy można żyć iniezgodzie z kimś kogo się podobno kocha, a obraziło się go i czekać cały rok, aby go przeprosić? Jak by to było, gdybyśmy obrazili ukochaną osobę, ale zwlekali z pojednaniem przez cały rok? „Kochana żono, obraziłem cię, ale poczekaj sobie jeszcze trochę na moje „przepraszam”. Jak będą twoje imieniny, to cię przeproszę, albo za pół roku na rocznicę ślubu”. Czy to jeszcze miłość? My często tak postępujemy w stosunku do Pana Boga. „Kocham Cię Panie Boże, ale poczekaj sobie na moje przeprosiny. Na Twoje Boże Narodzenie Cię przeproszę, albo na Twoją Wielkanoc”. Czy to jest jeszcze miłość?
Gdy Izraelici wychodzili z Egiptu, mieli za zadanie czym prędzej oznaczyć swoje domy krwią baranka. Wtedy Anioł Śmierci, który przechodził między domami, pozostawiał ich przy życiu. Czym prędzej! Podejdźmy do tej sprawy bardzo poważnie, bo tu nie ma żartów. To sprawa życia i śmierci. Każdy z nas grzeszy. Po każdym grzechu ciężkim, który nazywa się, nie bez powodu, grzechem śmiertelnym, pozostaje w naszym ręku jakby „wyrok śmierci” na nas. Kratki konfesjonału działają jak „niszczarka do papieru”. Wyznając grzechy ciężkie w konfesjonale przepuszczamy przez te kratki „wyroki śmierci” nam grożące. Dlatego Kościół prosi, aby nigdy nie zatajać choćby jednego ciężkiego grzechu, aby nic nie pozostało „w ręku” a raczej na tej białej szacie spowiadającego się.
Stąd też potrzeba zrobienia wcześniejszego dobrego rachunku sumienia, aby o wszystkich grzechach ciężkich, czyli tych grożących nam „wyrokach śmierci” sobie przypomnieć. Spowiedź nie zawsze jest prostą sprawą. Nieraz opór rodzi się przed tym, że trzeba wyznawać swoje grzechy przed księdzem, który przecież też jest grzesznikiem. Wielu więc pyta, czy nie lepiej by było spowiadać się bezpośrednio Bogu zamiast do ucha księdza. Na pewno byłoby tak wszystkim łatwiej. Nie tylko penitentom, ale i kapłanom, bo słuchanie o grzechach wcale nie jest łatwe i przyjemne. Ale Sakrament Pokuty ustanowił Pan Jezus właśnie w taki sposób. Mówił bowiem do Apostołówn: „Komu odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane”.
Absolutnym warunkiem otrzymania odpuszczenia grzechów jest żal i mocne postanowienie poprawy, które z tego żalu wypływa. „Żałuję, czyli czuję wewnętrzny ból z powodu tego, co zrobiłem. Gdybym mógł cofnąć czas, nie zrobiłbym tego. Ale ponieważ cofnąć go nie mogę, więc ze skruszonym sercem proszę Boga o przebaczenie i obiecuję, że zrobię wszystko, aby nie popełnić tego zła kolejny raz. Jeśli ktoś nie żałuje, a z góry zakłada, że nadal będzie popełniać grzechy ciężkie, bo ich zwyczajnie chce, a tylko dla spokoju sumienia chce się wyspowiadać, wówczas takie rozgrzeszenie nie działa. Bo to jest tak, jak z przeprosinami. Cóż warte byłyby one, gdyby ktoś nas najpierw obrażał, za chwilę przepraszał, a po przeprosinach znów obrażał?
A zatem możemy powiedzieć, że o ważności rozgrzeszenia nie decyduje ani ksiądz, ani nawet sam Pan Bóg, ale grzesznik, a dokładniej to, czy ten grzesznik żałuje i czy zamierza zmienić swoje postepowanie. Kapłan ma za zadanie jedynie rozeznać czy ktoś szczerze żałuje, czy nie. Bo sakrament Pokuty nie jest po to, aby się spowiadać, ale sakrament Pokuty jest po to, aby się nawracać, czyli odwrócić od zła, rozpocząć nowe życie w świętości.
Oprócz grzechów ciężkich Kościół zachęca, aby wyznawać także grzechy lekkie, bo to pomaga w pracy wewnętrznej nad swoimi wadami. Nie mamy jednak obowiązku spowiadania się z grzechów lekkich, bo zawsze na początku każdej Mszy Świętej jest odmawiany „Akt Pokutny”, który, jeśli świadomie w nim uczestniczymy i żałujemy swoich niedoskonałości, skutkuje odpuszczeniem naszych grzechów powszednich. Ciężkie grzechy gładzi jedynie Sakrament Pokuty.
Dosyć często się zdarza, że oprócz grzechów ciężkich i lekkich, ktoś w czasie spowiedzi chce się podzielić różnymi historiami i opowieściami, a ich tematyką zazwyczaj są inni ludzie. Często przez to spowiedź trwa bardzo długo i powoduje zniecierpliwienie stojących w kolejce. Niektórzy mówią wtedy: „ale ten ksiądz długo spowiada, ale długo trzyma ludzi”. Czasem spowiedź rzeczywiście może trwać dłużej, bo bardzo skomplikowane sytuacje, wymagają, aby poświęcić im więcej czasu, ale zdarza się też tak, że to penitent bardzo długo „trzyma” księdza przez długie opowieści. Warto więc pamiętać o tych, którzy czekają za naszymi plecami i okazać im miłosierdzie przez skupienie się na wyznaniu ze skruchą swoich grzechów i tylko grzechów i tylko swoich.
Jest jeszcze jeden warunek dobrej spowiedzi. To zadośćuczynienie. Ono jest jednym z najtrudniejszych zadań. Odwołać kłamstwo, przeprosić kogoś, oddać ukradzioną rzecz, przyznać się do błędu. Ileż to człowieka kosztuje! Ile wstydu trzeba się wtedy najeść. Ale ten wstyd jest dla nas zbawienny. Wstyd z powodu popełnionego zła, bardzo pomaga w tym, aby nie popełnić tego zła kolejny raz. Bo czy jest ktoś, kto chciałby się wstydzić kolejny raz? Często niestety wracamy do grzechów, które popełniliśmy. Święty Piotr w swoim drugim liście porównuje takich ludzi do psa i do świni. Napisał: „Pies powrócił do tego, co sam zwymiotował, a świnia umyta – do kałuży błota.” Zadośćuczynienie bardzo pomaga by nie wrócić do „kałuży błota”.
W kościele na Placu Trzech Krzyży konfesjonałów nie brakuje. W sześciu konfesjonałach księża ofiarnie i z miłością zasiadają w tych „Bożych Pralniach”, by płukać „białe szaty” przyszłych zbawionych. A zatem, jak śpiewaliśmy w dzisiejszym psalmie: „Słysząc głos Pana, serc nie zatwardzajmy”, ale wyznajmy z wiarą, jak zrobili to samarytanie z ewangelii: „Jezus jest prawdziwie Zbawicielem świata!” Jezus jest moim Zbawicielem! Zbawia mnie w Sakramencie Pokuty!
ks. GRZEGORZ KALBARCZYK SAC